Książki

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Recenzje
Autor Wiadomość
Toudisław 
Ropuszek


Posty: 6063
Skąd: Z chińskiej bajki
Wysłany: 2010-01-06, 12:16   

R. Scot Bakker – „Mrok, który nas poprzedza”

Ta książka była dla mnie sporym znakiem zapytania, gdyż słyszałem o niej wiele sprzecznych opinii. Owe dzieło sprawia wrażenie dość egzotycznego , bo świat, w którym się dzieje, kusi nas wieloma zagadkami. Tajemnicze mistyczne zakony i swowaryszenia. Szkoły magi i dzike plemiona. Wszystko to jest dodatkiem by opowiedzieć historię która była przedstawiana wielokrotnie. To spore ryzyko. Przeciez sama historia nie jest niczym nowym a inna sceneria czy dodatki w postaci Magi mogą czytelnikowi nie wystarczyć. A jednak się udało.



Minęło wiele stuleci od pierwszej apokalipsy, gdy to nie Bóg poniósł klęskę, lecz ludzi stali nad przepaścią i niewiele brakowało, by wyginęli.

Świat przeszedł wiele zmian i ludzie powoli zapominają o przeszłości, mając przed sobą nowe zagrożenie.

Z cienia wyłania się Anasurimbor Kellhus – Dunyain, potomek starego rodu posiadający wiele talentów oraz umiejący manipulować ludźmi, naginając ich do swoich celów.

Tłem dla wydarzeń jest Święta wojna, która ma zmienić oblicze świata i odbić święte miasta z rąk pogan. Maithanet, charyzmatyczny i tajemniczy duchowny zdobył zaufanie wiernych, a teraz dąży do podbicia świętych ziem przez ludzi kła. Zwołuje więc krucjatę przeciw niewiernym. I tutaj Autor wykorzysta schemat wojen krzyżowanych. Walki o wpływy. Przebieg pierwszych dni kampanii. Wszystko to jest bardzo dokładnie odwzorowane na historii krucjat. Do takiego kopiowania histori można odnosić się różnie. Mnie ono w tym przypadku nie razi bo widac iż było zabiegiem w 100 % świadomym to miało swój cel i doskonale dopełnia się z innymi aspektami powieści.

Krucjata to tylko zasłona dymna , gdyż zbliża się większe zagrożenie i los ludzi jest niepewny. Uczeni powiernicy to szkoła magii, która jako ostatnia wierzy że Nie-Bóg może powrócić na świat, a Rada nie chce na ten powrót pozwolić. Achamian, powiernik i szpieg, wierzy, że zagrożenie jest bliższe niż kiedykolwiek.

Mrok to książka wielowątkowa. Złożona mozaika intryg i ludzkich losów.

”Są tu walki między czarodziejskimi szkołami, wojny miedzy narodami, walka o władzę w sercu cesarstwa. Wojna, miłość, nienawiść.

To, co w pierwszym tomie „Księcia nicości” jest najważniejsze, to postaci. Bardzo różne i charakterystyczne. Ich zachowanie, czyny, cechy charakteru. Nie tylko dodaje książce wartości, ale też stanowi jej duszę. Cnaiur, wódz stepowego plemienia Utemotów, nieustraszony wojownik staje się kompanem Kellchusa i jedynym człowiekiem nieczułym na jego wpływ. Cnauir jest osobą, która szczególnie zwróciła moją uwagę. Mimo faktu, iż jest bezwzględnym i okrutnym wojownikiem. Jego twarde zasady i prostota życiowa budziły mój szczery podziw. Inną intrygującą postacią jest Esmenet. Prostytutka ze świętego miasta i kochanka Drusasa Achamiana. Mam wrażanie, że cała fabuła i scenografia byłą Autorowi potrzebna tylko po to by bawić się postaciami i w ten sposób sformułować przekaz dla czytelnika. Warto uważnie śledzić przemiany bohaterów bo są one sednem tej powieści/



„Mrok, który nas poprzedza” to książka ciekawa i zdecydowanie warta uwagi. Porusza wiele istotnych tematów, takich jak fanatyzm religijny czy manipulacja ludźmi. Niestety czasem książka zdaje się być przegadana i trochę monotonna. Ciągłe monologi bohaterów nie wnoszą wiele nowego, a często są zwyczajnie nudne. Jest to chyba efektem zbyt szybkiej próby ukazania bohaterów. Ich monologi co prawda pozwalają ich lepiej poznać ale czasem są przesadnie rozciągnięte.



Mrok to tylko wstęp do całej historii. Trudno więc go jednoznacznie oceniać. Ale jest na tyle intrygujący by zachęcić mnie do przeczytania całości Księcia nicości.
_________________
 
 
Toudisław 
Ropuszek


Posty: 6063
Skąd: Z chińskiej bajki
Wysłany: 2010-01-06, 12:16   

Lord z planety Ziemia Siergiej Łukjanienko


Jedna z niewielu książek Łukjanienki wydawana pojedynczo. Jak się okazuje składająca się z 3 ksiąg. Cieszy fakt, że książka nie została rozbita na 3 tomy dzięki temu bez przerw możemy śledzić losy bohaterów.



Jest to powieść mocno wzorowana na typowych dla kultury rosyjskiej Baśniach i bajkach.

Dzielny Książę ratuje swoją księżniczkę z opresji. Oczywiście Książę jest na początku człowiekiem z ludu a jego pochodzenie jest tajemnica. Wraz z rozwojem opowieści zaobserwujemy jego przemianę ale też poznamy otoczenie w jakim się obraca i typowe ludzkie zachowania. Taka edukacyjna baśń typowa dla Rosji została przez Autora wykorzystana, by zrobić to samo ale w nowocześniejszej scenerii i naświetlić bardziej aktualne problemy.



Bohater to były żołnierz, właściciel szkoły walki i ogólnie bardzo niebezpieczny człowiek.

Gdy pewnego dnia ratuje nieznajomą dziewczynkę z opresji jego życie zmienia się diametralnie. Zakochuje się, lecz nieznajoma znika a on zostaje sam. Jedyne co mu pozostaje to pierścień od Dziewczyny oraz pytanie jakie zadała mu przed odejściem „Czy można się w tobie zakochać”.



Dalej fabuła pędzi niczym rozpędzony pociąg. Nowe przygody są okazją do wskazania wad ludzkiego charakteru. Są wręcz przypowieściami. Nasz bohater poznaje galaktykę z jej różnorodnymi rasami i bogactwem kultur. Odkrywa też tajemnicę naszej planety wyklętej z gwiezdnego społeczeństwa.



Łukjanienko unowocześniając Ruską baśń siłą rzeczy skazał się na pewien schemat. Wynikiem tego książka rzadko zaskakuje i bywa dość liniowa. Jednak opłaciło się takie zagranie. Użyty przez niego schemat sprawdził się w kosmicznej scenerii i oprócz warstwy przygodowej można odnaleźć głębsze przemyślenia czy refleksie nad aktualnymi tematami.



W podobny sposób Autor obszedł się z językiem powieści. Niczym w Baśni używał słów prostych ale utkanych w bardzo elegancką całość, co wyraźnie pokazuje że wiele aspektów „Lorda” było przemyślanych i zaplanowanych by dokładnie wpasować się w odpowiednią stylizację.



Komu bym ta książę polecał? Na pewno fanom wcześniejszych utworów Łukjanienki. Nowi czytelnicy też mogą poczuć się zauroczenie baśniową otoczką powieści.
_________________
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-01-06, 18:48   

Aleksander Kościów - Świat nura

„Świat nura” to książka, jedna z niewielu, która przykuła moją uwagę już pierwszym zdaniem: „Zacząłem wymyślać sobie to miasto w połowie października.”1), aż chciałoby się powiedzieć, że stałam się ofiarą „syndromu pierwszego zdania”. Jednak nie zamierzam tu kwestionować czy wypowiadać słów poparcia dla poglądu, według którego pierwsze zdanie powieści jest najważniejsze. Stwierdzam po prostu fakt – akurat w przypadku tej konkretnej książki pierwsze zdanie zafrapowało mnie na tyle, że zdecydowałam się na zakup i lekturę. Lekturę, która okazała się być na tyle satysfakcjonująca, że słowo „ofiarą” mogę z czystym sumieniem zamienić na „beneficjentką”. Zatem, przyznaję, jestem beneficjentką „syndromu pierwszego zdania”, nawet jeśli istnienia takiego syndromu nie daje się bezspornie udowodnić.

„Zacząłem wymyślać sobie to miasto w połowie października.” – któż, jeśli nie autor, ten, od którego wszystko w książce zależy, mógłby takie słowa wypowiedzieć? Dysponujący mocą sprawczą Autor, Pan i Władca narracji, Kreator postaci i powieściowego świata? A jednak już lektura kolejnego akapitu miesza czytelnikowi w głowie: „(...) Gdy wróciłem do mieszkania, wyszło na jaw, że po pierwsze ktoś już tam mieszkał, a po drugie zalegamy z czynszem, i to za trzy miesiące.”2) i wprowadza poczucie niepewności, które towarzyszyć mu będzie przez całą książkę. Oraz zaskoczenia – no bo jak to? Cóż za Kreator z tego autora, skoro pozwala swojemu alter ego od pierwszych chwil wplątać się w trywialne kłopoty z czynszem? Czyżby ten wyimaginowany świat był wyśniony nie do końca? Czyż śnienie innej rzeczywistości nie powinno eliminować z niej błędów lub umożliwiać wprowadzenie poprawek w przypadku niedośnionych (najwyraźniej) fragmentów lub nieprawidłowości? Tymczasem autorowi/bohaterowi to nie przeszkadza – początkowo z równym stoicyzmem zdaje się akceptować kłopoty wielkie i małe, sprawy o dużym znaczeniu i irytujące drobiazgi życia codziennego. Zastanawiałam się, czy taki zabieg nie miał zwrócić uwagi czytelnika na inny, również dość kontrowersyjny, pogląd, głoszący że wykreowany świat zyskuje własne życie, samodzielnie ewoluuje, próbuje się wyrwać z ram nakreślonych przez Twórcę, walczy o zyskanie niezależności, a Autor, po odegraniu roli Kreatora, staje się tylko (i aż) Kronikarzem. A może posuwam się w domysłach za daleko i dorabiam teorię do praktyki – może po prostu bohater trafił do świata śnionego przez kogoś innego, nie przez Autora. Ale w takim razie, kim jest ten tajemniczy Kreator?

Towarzyszenie bohaterowi w kolejnych wydarzeniach (bo przygodami wahałabym się je określić) jest łatwe i trudne jednocześnie. Łatwe – ze względu na dojrzały język utworu (aż chciałoby się zapytać, skąd u debiutanta taki dojrzały, wysmakowany język?), obrazowy i sugestywny, mający moc przekształcania banału w prawdy życiowe: „Lubię spacerować po ulicach i wyobrażać sobie, że wszyscy jesteśmy cząsteczkami kurzu; jeden Ruch Wielkiej Ręki i wszystko wiruje ze zwielokrotnioną prędkością we wszystkich kierunkach, ale prędzej czy później uspokaja się i ogólnie unosi się jak przedtem.”3), pełen autoironicznego dystansu do siebie i życia: „Byłem spokojny, lekki i pozbawiony treści jak zapomniany z kinderbalu balonik wypełniony helem. Nie miałem do nikogo pretensji i nie potrzebowałem ani lepszego mieszkania, ani nowych spodni.”4). Trudne – bo autor „Świata nura” nie jest skory do udzielania wyjaśnień, przykładanie naszej miary do powieściowej rzeczywistości nie daje rezultatu – wyśniony świat, a raczej światy, nie poddają się działaniu praw logiki, choć może właściwszym jest stwierdzenie, że powieściowa logika jest w jakiś sposób zaburzona, nieprawidłowa, po prostu – inna od tej, jaką na co dzień operujemy. Przypuszczam, że w tym tkwić może największa trudność w odbiorze „Świata nura” przez czytelników nade wszystko ceniących realizm, dokładne zdefiniowanie powieściowego „tu i teraz”. Książka Aleksandra Kościowa tego nie zapewnia, bezceremonialnie burzy poczucie czytelniczego bezpieczeństwa, w miarę rozwoju opowieści coraz częściej zmienia się owo „tu”, a zakończenie powieści przewraca do góry nogami wcześniejsze domysły. I na dodatek – dwukrotnie! Po raz pierwszy oferując wyjaśnienie, które dość łatwo czytelnik jest w stanie odgadnąć i którego w sumie się spodziewa, a po raz drugi – dosłownie na ostatnich stronach utworu – zaskakując czytelnika na całej linii.

Na szczególną uwagę w „Świecie nura” zasługuje wątek muzyczny, a w zasadzie rozważania o duszy instrumentów, które snuje jeden z drugoplanowych bohaterów. Rozważania ulotne, lecz frapujące; stanowiące próbę usystematyzowania, ubrania w słowa tego, co niedefiniowalne i z samych niuansów złożone – wrażenia artystycznego, siły oddziaływania muzyki, zdolności do porwania słuchaczy, przekazania im dźwiękami obrazów i skojarzeń wykonawcy utworu, a w końcu – tworzenia dźwiękami innej rzeczywistości i zabrania tam słuchaczy, choćby na chwilę. I nawet gdybym przed lekturą nie czytała notki na czwartej stronie okładki, która zdradza wykształcenie autora, to po lekturze tych fragmentów podejrzewałabym z dużą dozą pewności, że arkana muzyki nie są mu obce. Tak pisać o magii dźwięków może tylko prawdziwy miłośnik, człowiek, który nie tylko dysponuje wiedzą teoretyczną, ale przede wszystkim – kocha tę dziedzinę sztuki.

I jeśli już mowa o nocie wydawcy, czyli tak zwanym okładkowym blurbie (jak ja nie lubię tego słowa!) – nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pochwalić wydawcę. Właśnie za tę notkę. Notkę zredagowaną w sposób bliski ideałowi, zachowującą doskonałe wyważenie między uchyleniem rąbka tajemnicy, a niezdradzaniem czytelnikowi fabuły opowieści. Jest to w mojej ocenie jeden z niewielu tekstów przygotowanych przez wydawcę, który naprawdę zachęca do przeczytania książki, a przy tym delikatnie wskazuje, na co podczas lektury zwrócić uwagę. A „Świat nura” naprawdę należy czytać uważnie, nie tylko w obawie przed pominięciem jakiejś istotnej wskazówki, ale także i dlatego, że łatwo pod wpływem tej lektury utonąć w skojarzeniach i dygresjach. A przecież to debiut!

1) Aleksander Kościów – „Świat nura”, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2009, wydanie II, str. 7
2) Ibid., str. 7
3) Ibid., str. 66
4) Ibid., str. 27
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-01-08, 05:46   

King Stephen Carrie

Stephen King należy do tego grona pisarzy, których samo nazwisko sprawia, że dana książka jest rozchwytywana. Wszystko dzięki wieloletniemu funkcjonowaniu w branży literackiej, nieprzeciętnej wyobraźni, talentowi oraz cierpliwości w dążeniu do celu. Oczywiście pojawiają się głosy o odgrzewaniu pomysłów, poruszaniu się po utartych ścieżkach, ale patrząc na bibliografię niekoronowanego mistrza horrorów zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Stephen King pierwszą powieść napisał w 1974 roku. Od ukazania się „Carrie” minęło 35 lat, w czasie których autor bynajmniej nie próżnował. Zjawisko powtarzalności pewnych motywów, tricków literackich uważam za coś zupełnie naturalnego. Umysł ludzki, wewnętrzny indywidualizm człowieka nie jest studnią bez dna. Nasza osobowość oraz to w jaki sposób postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość jest wynikiem długofalowego oddziaływania różnorakich czynników zewnętrznych. Wydaje mi się, że w przypadku pisarzy skutkuje to stosowaniem w procesie twórczym pewnych podświadomych nawyków, zabiegów. To właśnie dzięki nim możemy mówić chociażby o indywidualnej stylistyce literackiej.

Po „Carrie” zdecydowałem się sięgnąć pod wpływem ogólnej presji środowiska. W oczach moich znajomych nie zapoznanie się z ową książką graniczy z popełnieniem jednego z siedmiu grzechów głównych. Zdanie: „Jak możesz pisać o twórczości Kinga nie przeczytawszy o Carrie?” było na porządku dziennym. Szczerze powiem, że nie miałem większych oporów przed omijaniem wspomnianej książki. Rozumiem, że uchodzi ona za klasyk ale King napisał bardzo wiele dobrych powieści. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem niezmiernie wdzięczny przyjaciołom. Mieli rację.

Podejrzewam, że historia nastolatki terroryzowanej zarówno przez szkolne rówieśniczki jak i fanatycznie religijną matkę jest znana większości osobom, niezależnie od tego, czy to dzięki ciekawostkom odnośnie twórczości Stephena Kinga, czy też za sprawą głośnego filmu Briana De Palmy, z genialną rolą Sissy Spacek w roli tytułowej.
Carrie White nie jest przeciętną dziewczyną ze zwyczajnego, amerykańskiego domu. Nie chodzi na tańce, nie spotyka się z przyjaciółmi, nie wie co to okres, a na piersi mówi „brzydkie ciało”. Czas wolny od zajęć w szkole spędza na robótkach ręcznych, modlitwach, przepraszaniu za popełnione grzechy oraz jeszcze raz na modlitwach. Od czasu do czasu staje się lokatorką komórki pod schodami, niejako w formie pokuty. Innymi słowy: życie nie szczędzi jej razów. Na wszystko jednak przychodzi koniec.
Carietta White okazuje się być nosicielką bardzo rzadkiego genu TK, który ujawnia się poprzez wyjątkowo silnie rozwinięty dar telekinezy. Jak groźna jest to broń w rękach zdesperowanej istoty? Najlepiej o tym świadczą wydarzenia mające miejsce w Chamberlain w nocy z 27 na 28 maja 1979 roku oraz „napis na trawniku w miejscu, gdzie znajdował się bungalow państwa White: Carrie White smaży się w piekle za grzechy, Bóg jest wielki”.1)

„Carrie” jest jednym z tych tekstów, które na długo zapadają w pamięć. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, jeszcze przed podjęciem lektury większość czytelników pozbawiona jest elementu zaskoczenia, a wiadomości czerpane z fabuły jedynie utrwalają zdobyte wcześniej informacje. Nie ma się czemu dziwić, reklama robi swoje. Po drugie, historia zaprezentowana przez Kinga jest napisana językiem prostym. Mam nadzieję, że nikt nie obrazi się za te słowa, ale pod względem stylistycznym „Carrie” jest słaba. Intrygujące nakreślenie środowiska uczniowskiego, czy też szaleństwa na tle religijnym nie zniweluje niestety pewnych niedociągnięć. Taki stan rzeczy jest jednak jak najbardziej naturalny. Przysłowie mówi: „Nie od razu Rzym zbudowano”. Trzeba pamiętać, że „Carrie” jest debiutem Stephena Kinga, autora dopiero wkraczającego na drogę prowadzącą do zawodowego pisarstwa. Minie jeszcze wiele lat, niejedno pióro zostanie złamane, zanim Król Horrorów przywdzieje swoją koronę.
Wracając do tematu, klimat powieści, tak bardzo wychwalany przez fanów pisarza, utrzymuje się, de facto, tylko przez pierwszą część książki. Atmosfera oczekiwania na nieuniknione, świadomość istnienia zegara odliczającego czas do narodzin koszmaru stanowią bardzo udane wprowadzenie do wątku kulminacyjnego. Niestety, finał historii pozostawia uczucie niedosytu. Szaleństwo, po mistrzowsku zobrazowane przez De Palmę, w powieści przybiera postać wyliczanki. Autorowi zabrakło cierpliwości czy też celowo postawił na kontrast? Nigdy się tego nie dowiemy ale faktem jest, że sam King uważa „Carrie” za najgorszą ze swoich książek.

„Fanatyk – osoba ślepo oddana jakiejś idei, nietolerancyjna w stosunku do innych”.2)
Jeżeli miałbym wskazać ten aspekt powieści, który wywarł na mnie najkorzystniejsze wrażenie, to powiedziałbym, że jest nim zaprezentowanie fanatyzmu religijnego. Siła postaci Margaret White wynika głównie z jej rzeczywistości. Nie trzeba się wysilać by móc uwierzyć w realność jej zachowań. Oddanie ukochanej religii graniczące z obłędem jest jednym z ważniejszych problemów dzisiejszego świata. Wystarczy, że zjawisko masowe przekształcimy w indywidualne, a otrzymamy fanatyka wielbiącego Boga nie tyle sprawiedliwego, co surowego. Osobę nie będącą w stanie zrozumieć podstawowych praw społecznych. Nie akceptującą zachowań uważanych powszechnie za normalne i dozwolone. Matka tytułowej bohaterki zalicza się właśnie do tego typu ludzi. Ogarnięta szałem nieustających modlitw i pokut zamienia życie swojej córki w piekło na ziemi. Na samą myśl o cieple rodzinnym w pojęciu Margaret White robiło mi się gorąco.

Podsumowując: nie myli się ten, kto nie próbuje. W 1974 roku Stephen King podjął wyzwanie losu i zyskał. Pewien wydawca postawił na jego „Carrie” i ta znajomość zaowocowała kontraktem w wysokości 400 tyś. dolarów. Bardzo dobrze, że tak się stało.
Dzięki temu pan King porzucił pracę w szkole i na poważnie zajął się tworzeniem przerażających historii. Dzięki temu co jakiś czas mam szczerą przyjemność zaznajamiać się z kolejnymi jego wyczynami literackimi. Zapewniam wszystkich, że nie jest to czas stracony.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-01-29, 12:48   

Przemysław Gul Ryza
[opowiadanie]

Blisko cztery lata temu zaczynałem pisać pracę magisterską. Studia dzienne, praca w nocy, drzemki na porannych wykładach, młodość w bibliotekach, a w międzyczasie ślęczenie nad pierwszym rozdziałem tekstu, dzięki któremu miałem uzyskać tytuł magistra historii. To była prawdziwa katorga. Cztery godziny wystukiwania literki za literką tylko po to, abym następnego dnia miał czym zapełnić „kosz”. Męczarnie trwały do czerwca 2007 roku, kiedy to zostałem ukoronowany dyplomem ukończenia studiów wyższych. W styczniu 2008 podjąłem pracę w banku.

Piszę o tym, gdyż patrząc na bohatera Ryzy dostrzegam nie tylko pisarzy, ale także uczniów, studentów, redaktorów, publicystów i całą rzeszę innych osób mających okazję poczuć czym jest brak weny, połączony z palącym nakazem pisania. Oczyma wyobraźni zobaczyłem trzydziestokilkuletniego faceta będącego pod presją wydawców, czytelników (także cycatych Agnieszek) oraz fabrycznych wyzyskiwaczy rodem z kraju „Wydymam cię aż do pustych kieszeni”.* W dodatku zmęczonego twórczą niemocą, literacką impotencją, czy inną podobną dolegliwością.
Ile jeszcze wytrzyma? Owe pytanie towarzyszyło mi przez niemalże całą lekturę Ryzy.

Wychodzę z następującego założenia: umysł człowieka nie jest studnią bez dna. Kropla drąży skałę. Jeżeli dostatecznie długo życie kopie nas w rzyć, to prędzej czy później przychodzi chwila, kiedy człowiek albo kieruje się do łazienki wziąć kąpiel - tę jedną jedyną - albo wariuje. Presja zewnętrzna oraz wewnętrzna są na tyle silne, że psychika ludzka nie wytrzymuje. Później jest już tylko ciemność.

Śmiem twierdzić, że historia Jacka Kramarza nie jest wyjątkiem. Ilu polskich, i nie tylko polskich, autorów boryka się z podobnymi problemami? Nie mówię o debiutantach, ale o pisarzach z krwi i kości, którym niespodziewanie przed oczami wyświetla się napis „The end”. Napiszą książkę; niekiedy całkiem pokaźny cykl, ale jak to zwykle bywa „nic nie trwa wiecznie”. Świeżość pomysłów, zapał do pracy, poczucie wartości gdzieś ulatują i pozostaje człowiek, a właściwie jego strzęp.

Idźmy dalej. Lubię opowiadania zawierające dreszczyk emocji. Nie muszą być wypchane emocjonalną bombą, ani traktować o potworach z bagien. Zdesperowany, przyparty do muru bohater wyposażony w rewolwer i butelkę Jack’a Danielsa. Dom odcięty od świata i urojenia wiszące w powietrzu. Tego potrzebuję do pełni szczęścia i właśnie takie danie zaserwowała mi Ryza.

Tekst nie jest przegadany, autor nie rozbudowuje nadmiernie psychiki postaci, nie smęci nad sytuacją bohatera, nie szuka odpowiedzi na pisarsko-egzystencjalne pytania. Opowiada historię człowieka - być może schizofrenika – który, choć czuje nadchodzący kryzys twórczy, nie składa broni. Robi to, co prawdopodobnie zrobiłaby większość z nas: powraca do źródła. Tym razem świątynią dumania jest domek w lesie, położony z dala od wszelakiej cywilizacji. Duchowe wsparcie przyjaciół oraz odgłosy starej, poczciwej maszyny do pisania nie zdają jednak egzaminu. Finałowa runda starcia z samym sobą jest coraz bliżej.

Ktoś mógłby powiedzieć: „marność nad marnościami i wszystko to marność”. O pisarzach walczących z brakiem weny czytaliśmy niejednokrotnie. Mniej lub bardziej podobne motywy odnajdziemy nie tylko w literaturze ale także filmach, czy sztukach teatralnych. Niemniej owe fakty nie przeszkadzają w odbiorze opowiadania. Być może niepowtarzalność tekstu Przemysława Gula kryje się w dosłownym, namacalnym przedstawieniu sytuacji kryzysowej? Ukazaniu problemu, którego nie tylko możemy poczuć ale także dotknąć, czy porozmawiać. Do jakiego stopnia pisarzowi pod presją może „odjebać”? Przekonajcie się sami.

Nie wiem czy autor natrafił podczas pracy nad tekstami na podobne zmartwienia. Jeżeli nie, to powinniśmy tylko się cieszyć, bo oznacza to, że jeszcze nie raz nas zaskoczy.



*Przemysław Gul Ryza; w: Nowa Fantastyka, Nr 2 (329) 201o; 2.34.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-02-06, 21:45   

Chelsea Quinn Yarbro Hotel Transylvania

W styczniowym numerze Nowej Fantastyki możemy przecztać: „Od jakiegoś czasu nastolatkowie wszystkich krajów połączyli się w zastępującej potteromanię mrokomanii”.* Trudno nie przyznać racji autorce tych słów; pani Annie Krajewskiej. Wystarczy odwiedzić najbliższą księgarnię i pospacerować pomiędzy książkami. Na regałach poświęconych literaturze fantastycznej dostrzeżemy, że oprócz wiecznie popularnego, tradycyjnego fantasy coraz częściej przybywa pozycji, w których bohaterowie albo chłepczą krew, albo uciekają przed istotami wypełnionymi tym życiodajnym napojem. Nie będę rozwodził się nad zagadnieniem czy to dobrze czy źle, bo nie czas i miejsce na to. Wszystko jednak wskazuje, że popyt na tego typu literaturę będzie się przez jakiś czas jeszcze utrzymywał.

Powieścią dobrze wpasowującą się w przytoczone powyżej klimaty jest Hotel Transylvania autorstwa Chelsea Quinn Yarbro. Jako historyk z wykształcenia, zamiłowania a także osoba dająca się od czasu do czasu porwać przez fantastyczne alternatywy, nie mogłem przegapić okazji sprawdzenia, jak dzieci nocy odnajdują się we Francji z przełomu XVII i XVIII wieku. Nie zmienia to faktu, iż do „mrocznych lektur” podchodzę z dużą rezerwą. Na samą bowiem myśl o tym, że będę zmuszony śledzić losy namiętnej, trudnej miłości przedstawicieli dwóch różnych ras moje ciało gwałtownie się buntuje. Nie jest to obawa o styl pisarza – bo ten może być bez zarzutu – a raczej o fabułę, której konstrukcja w tego typu dziełach często przypomina budowę cepa. Dla „Hotelu Transylvania” zrobiłem wyjątek, gdyż usłyszałem o nim dużo ciepłych opinii; zwłaszcza o jego tajemniczym właścicielu.

Choć akcja powieści rozgrywa się w kraju, który produkuje trzysta gatunków sera, to jednak „Francja” jest z pewnością za dużym słowem. Śmiem przypuszczać, że autorka, tworząc scenerię dla wydarzeń mających miejsce w powieści, nie poświęciła tej czynności zbyt wiele czasu. Na dobrą sprawę świat zewnętrzny został ograniczony do dwóch, trzech posiadłości, kilku lasów i jednej ulicy. Czy to źle? Z mojego punktu widzenia – owszem. Chciałem zachłysnąć się Francją, poczuć jej aromat, a otrzymałem widowisko, gdzie za scenę mógł równie dobrze robić Meksyk czy Hiszpania. Kraj znad Sekwany dostrzegałem jedynie w nazwiskach oraz wspominanym mimochodem królu Ludwiku XV. Wydawca obiecuje podróż po „znakomicie odmalowanej stolicy Francji połowy XVIII wieku”. Niestety, wszystko kończy się na tych wielkich słowach. Pisarka nie oddaje atmosfery Paryża. Bale, przyjęcia, wystawne spotkania stanowiły niewątpliwie bardzo ważny element życia ówczesnych sfer wyższych, ale nie tylko paryskich. Autorka także w trakcie obrazowania owych zabaw ograniczyła się do minimum. Prezentacja strojów, stosunków społecznych, etykiety czy wagi honoru w kontaktach międzyludzkich z pewnością pozostawiają wiele do życzenia; zwłaszcza dla kogoś, kto zakładał wędrówkę po tajemniczym Paryżu hrabiego Saint-Germain.

Nazwisko głównego bohatera to niewątpliwie bardzo silny magnes marketingowy. Nie trzeba być historykiem, żeby wiedzieć, że Chelsea Quinn Yarbro powołując do życia swego wampira inspirowała się prawdziwym hrabim de Saint-Germain, którego osoba nadal pobudza wyobraźnię twórców (Umberto Eco, Zbigniew Nienacki, Neil Gaiman) na całym świecie. Nazywany „Cudownym Człowiekiem”, szlachcic, dworzanin, wynalazca, wirtuoz, malarz, poeta, okultysta, alchemik – i tak bez końca. Do dnia dzisiejszego wielu ludzi uważa się za jego potomków bądź za niego samego; chociażby jeden z kochanków Dalidy. Osobiście porównałbym go do hrabiego Monte Christo. Można dostrzec pomiędzy nimi pewne podobieństwa, wziąwszy pod uwagę czy to styl bycia czy siłę charakteru. Wydaje mi się, że autorka tworząc swojego hrabiego Saint-Germain wzorowała się właśnie na bohaterze Aleksandra Dumasa. Otaczająca postać atmosfera tajemniczości jeszcze bardziej potęguje owe odczucia.

Kreację wspomnianego bohatera nazwałbym najmocniejszym punktem Hotelu Transylvania. Powieść będąca historią miłości wystawioną na liczne niebezpieczeństwa nie tryska oryginalnością. Co gorsze, autorka zamiast przybliżyć odbiorcy obraz związków damsko-męskich w Paryżu połowy XVIII wieku, bez przerwy stara się utrzymać wszechogarniającą aurę erotyzmu. Na usilnego można przypiąć książce etykietkę z napisem „romans”.

Chelsea Quinn Yarbro kolejną Anną Rice? Nie jestem do końca przekonany. Doprawdy, nie wiem dlaczego Hotel Transylvania otrzymał tak wiele pochlebnych opinii. A już zupełnie zachodzę w głowę, z jakiego powodu wydawca nazywa powieść horrorem. Hrabia Saint-Germain w wykonaniu amerykańskiej autorki równie dobrze mógłby być kosmitą i nikt nie zauważyłby różnicy. Jeżeli ktoś ma ochotę pomęczyć się przed zaśnięciem to gorąco polecam.


* A. Krajewska Wampir, wampira, wampirem poganiał...; w: Nowa Fantastyka nr 1 (328) 2010; s.65.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-02-07, 18:51   

Bernard Werber Tanatonauci

O drugiej nad ranem 12 października 1492 roku Rodrigo de Triana, jeden z marynarzy będących pod dowództwem genueńskiego żeglarza Cristoforo Colombo, krzyknął: „tierra, tierra!”. Ów ląd parę godzin później otrzymał nazwę San Salvador, czyli Zbawiciel. Około 570 lat później Feliks Kerboz zrobił pierwszy krok na kontynencie zmarłych.

„Niesamowita literacka podróż, okrzyknięta najbardziej fascynującą odyseją w historii ludzkości!”. Tymi słowami wydawnictwo Sonia Draga stara się przekonać potencjalnych konsumentów kultury do wydania paru groszy na Tanatonautów, powieść, która jest pierwszą częścią trylogii poświęconej zagadnieniom z pogranicza nauki i metafizyki. Na ową pozycję czekałem z dużym zainteresowaniem. Na własnej skórze chciałem poczuć, ile prawdy zawiera szumna reklama wydawcy. Czy zapowiadanej podróży rzeczywiście należy się łatka niesamowitej i niezapomnianej.

Twórca trylogii “Mrówki”, po zapoznaniu czytelnika ze światem owadów, podjął się odpowiedzenia na pytanie: „Co kryje się po drugiej stronie życia?”. Na pierwszy rzut oka temat może wydawać się dość oklepany. W literaturze niejednokrotnie można przeczytać o mniej lub bardziej udanych próbach nawiązania kontaktu ze zmarłymi, badaniach zmierzających do poznania zasad funkcjonowania duszy po śmierci fizycznej, czy wpadaniu w transy umożliwiające wędrówkę po różnych wymiarach. Jak ważne jest to zagadnienie, nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy przyjrzeć się pierwszej lepszej religii bądź sekcie aby zrozumieć, od jak dawna ludzkość starała się odkryć tę jedną z najważniejszych tajemnic. Już poprzez etymologię słowa „tanatonauci” (z greckiego thanatos – śmierć, nautes – żeglarz) Bernard Werber jasno podkreślił motyw przewodni swojej najnowszej powieści. Zaintrygowany relacjami różnych ludzi na temat „życia po śmierci”, a właściwie podobieństwami występującymi pomiędzy ich opisami, wyciągnął wnioski i przeniósł je na łamy powieści obyczajowej, od czasu do czasu barwionej wstawkami charakterystycznymi dla fantastyki naukowej. W wielkim skrócie można powiedzieć, że Tanatonauci to historia ruchu tanatonautycznego, jego wzlotów i upadków a także oddziaływania na społeczeństwo.

Epizody opisane w Tanatonautach obejmują dwie płaszczyzny. Autor na arenę wydarzeń w świecie materialnym wybrał kraj rodzinny, Francję. Ukazuje ją jako światowe centrum badań nad kontynentem zmarłych a Paryż i tanatadrom Buttes-Chaumont kreuje na główne miejsca akcji w świecie materialnym. Wydaje się, że wybór taki jest jak najbardziej słuszny. W przeszłości to właśnie kraj Jana Jakuba Rousseau czy Wiktora Hugo jawił się jako ten postępowy, otwarcie zmierzający do oświecenia. W dzisiejszym świecie sytuacja nad Sekwaną niewiele się zmieniła. W opisach Francji bardzo często nadal pojawia się słowo „liberalizm”. Czy można było wybrać lepsze miejsce do przełamywania barier, konwenansów? Drugim terenem wydarzeń jest świat dusz podzielony na siedem, stopniowo odkrywanych sfer. Na ile opis poszczególnych części Ostatniego Kontynentu wiernie odpowiada autentycznym przekazom osób, które przeżyły NDE (ang. Near Death Experience), trudno orzec. Bernard Werber na pewno z nich czerpał, podobnie jak i z wierzeń religijnych czy przekazów pism ezoterycznych. W tym miejscu warto jednak podkreślić wątek powieści rodem z fantastyki naukowej. Pisarz, aby lepiej zobrazować wędrówkę ektoplazmy przez zaświaty oraz aby jeszcze bardziej podziałać na wyobraźnię, krainę zmarłych umieścił w środku czarnej dziury. Pomysł bardzo interesujący z biologicznego punktu widzenia. Czyż według niektórych teorii czarna dziura nie jest zarazem początkiem jak i końcem wszystkiego? Jeżeli „tak” to dlaczego nie pójść krok dalej i nie przypisać jej roli idealnej linii zero, po przekroczeniu której następowałaby reinkarnacja?

Jak podpowiada tytuł książki bohaterami powieści są tanatonauci. Jeden z nich to Michael Pinson, anestezjolog, mężczyzna kreowany na „tę rozważną” postać. Osoba, która pomimo chęci odkrycia, co jest po drugiej stronie życia, potrafi dostrzec zagrożenia płynące z zatracenia się w dążeniu do poznania prawd ostatecznych, niebezpieczeństwa grożące zarówno jednostce, jak i ogółowi społeczeństwa. To wszystko sprawia, że nie jest typem badacza całkowicie i bez opamiętania poświęcającego się dla nauki. Owszem, nie ucieka od obowiązków, ale nie traktuje ich na równi z planami rodzinnymi.

Niejako jego uzupełnieniem, a momentami nawet przeciwieństwem, jest Raoul Razorbak, biolog ogarnięty obsesją na punkcie śmierci. To on gra pierwsze skrzypce w ruchu tanatonautycznym. Dynamiczny, pewny siebie, co rusz wykazujący niezwykłą wiedzę na tematy związane z życiem po życiu. Autor ponadprzeciętne zamiłowanie Raoula śmiercią tłumaczy traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa. Kto nie lubi tragicznych historii?
Warto zwrócić także uwagę na postać Lucindera, prezydenta Francji, którą Bernard Werber prezentuje niejako pod trzema kątami. Z jednej strony widzi w nim męża opatrznościowego, inicjującego badania nad życiem po życiu, z drugiej polityka, chcącego za wszelką cenę na stałe zagościć na kartach historii, a z trzeciej języczek u wagi, który czuwa, aby rewelacyjne doniesienia odnośnie zaświatów nie wywołały kulturowo-społecznej hekatomby. Podsumowując, należy zaznaczyć, że wprowadzane do tekstu postacie mają z góry określone zadanie. Każda odpowiada za uzupełnienie tego bądź innego aspektu ruchu tanatonautycznego, za jego udoskonalenie, rozwój, itd. Każda ma także jasno sprecyzowany charakter. W powieści nie ma miejsca na głębsze przemyślenia bohaterów odnośnie ich czynów. Wszelkie moralne problemy, maksymalnie spłycone, znikają dzięki „cudownym rozwiązaniom” co rusz wyskakującym z autorskiego kapelusza. Widać, że pisarz ten element powieści wyraźnie zbagatelizował.

Tanatonauci z pewnością nie są książką równą. Momentami można odnieść wrażenie, że podręcznikowy „punkt kulminacyjny” miał miejsce zaraz na początku powieści, a następnie był jedynie rozwijany. Atmosfera, tak bardzo przepełniona napięciem, oczekiwaniem na rozwiązanie ostatecznej zagadki, w połowie książki wyraźnie słabnie, na rzecz monotonnego opisywania kolejnych etapów badań. Akcja gaśnie, bohaterowie miotają się ciągle z tymi samymi problemami osobistymi. Zapowiadana mistyka ustępuje pola mechanicznemu prezentowaniu wierzeń poszczególnych religii, sekt, stowarzyszeń na temat tego, co jest „po drugiej stronie”. Nastrój zaskoczenia, tak bardzo reklamowany, zanika zupełnie. Szkolny błąd czy celowy zabieg autora? Wydaje się, że błąd. I to bardzo poważny, gdyż aby dotrwać do końca książki trzeba dołożyć dużych starań. Ze strony na stronę powieść coraz bardziej zasługuje na miano przegadanej.

Określenie „spłycone” można odnieść także do prezentowanych przez Bernarda Werbera relacji międzynarodowych, których de facto nie ma. Wzmianka o innych krajach pojawia się jedynie przy okazji wspominania tanatonautycznego wyścigu szczurów. Razi także małostkowe potraktowanie stanowiska Watykanu w stosunku do tanatonautyki. Wymienienie informacji o wydawanych przez papieża kolejnych ostrzeżeniach o ekskomunice czy bulli omawiających modę „na podróże do krainy zmarłych” to zbyt mało, aby przekonać czytelnika do wagi i znaczenia badań z zakresu tanatonautyki dla postrzegania świata.

Tanatonauci to na pewno książka warta uwagi. Pomimo pewnych potknięć temat podejmowany przez pisarza wciąga, choć może nie do takiego stopnia, jakbyśmy oczekiwali. Wydaje się, że autor poświęcił rzeczową prezentację poszczególnych elementów powieści swojej prywatnej wizji kontynentu zmarłych. Bernard Werber należy do grona pisarzy, którym łączenie powieści obyczajowych z kryminałami czy fantastyką nie nastręcza żadnych problemów. Wielowątkowe fabuły, nie stroniące zarówno od elementów science fiction jak i duchowych poszukiwań, sprawiają że z książki na książkę przybywa francuskiemu autorowi coraz więcej wielbicieli. Fanów rozsmakowanych w gatunkowych mieszankach.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-02-15, 13:13   

anonim - Księga bez tytułu

„Księga bez tytułu” jest reklamowana przez wydawcę jako „pastisz powieści akcji, z drugim dnem dla wszystkich miłośników popkultury”. Sama prawda: w tekście można odnaleźć liczne nawiązania do twórczości Quentina Tarantino, ale z tym pastiszem jest już kłopot. Nomenklaturowy. Gdyż cała twórczość Tarantino, sama w sobie, jest już pastiszem, parodią, wykoślawieniem. Zatem, „Księga bez tytułu” jest pastiszem pastiszu? Czy hołdem dla twórcy, wyrazem fanowskiego uwielbienia?

Fabułę powieści stanowi wielowątkowa historia poszukiwań „Oka Księżyca” – tajemniczego klejnotu o ogromnej mocy. W poszukiwania zaangażowani są przedstawiciele półświatka, nie umiejący się odnaleźć w laickiej rzeczywistości mnisi z zakonu hubalan (co stwarza okazję do zaprezentowania humoru sytuacyjnego) oraz zupełnie przypadkowi i chwilowi posiadacze klejnotu. Oczywiście, sytuacja komplikuje się ze strony na stronę, a ponieważ poszukiwacze nie grzeszą cierpliwością i wiele problemów rozwiązują bezzwłocznie przy użyciu broni, obecność policyjnych detektywów staje się nieodzowna. Bohaterowie kierują się zupełnie różnymi motywami i nie wahają się przed prowadzeniem rozgrywki na dwa fronty – w efekcie powstała istna komedia pomyłek, w którą wciągnięty jest również czytelnik, bo żaden wszechwiedzący narrator nie kwapi się z pomocą. Niektóre powieściowe sceny kojarzą się z kadrami z filmów Quentina Tarantino, do tego stopnia, że sprawiają wrażenie scenopisu, zaś inne – przywodzą na myśl dziennik Henry’ego Jonesa Sr. Tempo akcji jest utrzymane, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, z początku wprawdzie czytelnik może mieć kłopot z pewnym nadmiarem postaci, ale na szczęście ich szeregi dość szybko się przerzedzają i łatwiej ogarnąć całość fabularnych komplikacji. Zatem, wydaje się, że wszystko jest w porządku.

Owszem, wydaje się, bo „Księga bez tytułu” ma również wady. Przede wszystkim, nierówność stylu – niektóre rozdziały napisane są językiem pełnym charakterystycznych zwrotów, w zamierzeniu mających zapewne uatrakcyjnić narrację, sprawić wrażenie lekkości i potoczystości, natomiast inne – nie. W efekcie powstaje wrażenie, że niektóre partie tekstu uatrakcyjnione są trochę na siłę, szczególnie że zdarzają się w nich niefortunnie użyte sformułowania, jak na przykład w zdaniu opisującym nocny widok na bramę: „w rezultacie po nocy budziła postrach” (str. 275). Ponadto postaci posługują się zmiennym językiem i zmiana ta nie wynika z dostosowania do języka rozmówcy, ani z chwilowych emocji. Ostra jak żyleta Jessica, używająca (i nadużywająca) słownictwa niedrukowanego w słownikach (str. 53), ledwie sto stron dalej przemawia językiem grzecznej panienki, dla której okrzyk „O w mordę!” wyraża najbardziej ekstremalne uczucia. Dante do swoich rówieśników odnosi się z szacunkiem, a do lubianego profesora historii w muzeum zwraca się per „profesorku”; czasem mówi jak osoba wykształcona (którą nie jest), a czasem jego wypowiedzi są pełne przekleństw (co nie jest spowodowane emocjami). I mankament trzeci, równie istotny – w wielu miejscach książki czytelnik znajduje wskazówki, sugerujące dalszy rozwój wydarzeń, takie drobne zapowiedzi kierunku, w którym potoczy się akcja. Cóż z tego, skoro znakomita większość z nich nie jest wykorzystywana. Tkwią porzucone w narracji, nie pełnią żadnej funkcji fabularnej, poza jedną: dezorientują. Biorąc powyższe pod uwagę, odniosłam wrażenie, że „Księga bez tytułu” jest typowym przykładem sieciowego fanfika zbiorowego autorstwa. We wrażeniu tym dodatkowo utwierdza mnie znalezienie w tekście błędów rzeczowych, które świadczą o tym, że poszczególni twórcy niedokładnie zapoznali się z dokonaniami poprzedników. I tak: jedna z bohaterek „mieszka w przyczepie, ale nigdy nie nocuje dwa razy z rzędu w tym samym miejscu” (str. 229) – tymczasem na stronie 348 autor prowadzi czytelnika schodami do frontowych drzwi jej domu; tytułowa księga na stronie 302 wykonana jest z grubego żółtawego pergaminu, a na stronie 437 okazuje się, że głównym surowcem do jej wytworzenia było drewno z krzyża, na którym ukrzyżowano Chrystusa; z informacji znalezionych w tejże księdze wynika, że w 1537 roku poszukiwania Świętego Graala były w toku (str. 303), a na stronie 408 napisano, że w 526 roku już z niego pito (i nie został zagubiony po toaście). Irytujące.

Osobny akapit muszę poświęcić wszechobecnej w książce krwi, lejącej się hektolitrami, zastygającej w ogromnych kałużach na podłogach, bryzgającej na ściany i sufity (nawet w pomieszczeniach o piętnastometrowej wysokości!). Krwi pochodzącej z ran postrzałowych, kłutych, z odcinanych głów, wyrwanych języków i wydłubywanych oczu. Rozumiem konwencję, konieczność przerysowania, przesadę prowadzącą w zamierzeniu do absurdu, ale krwi w książce jest stanowczo za wiele. Za wiele, nie tylko ze względu na przekroczenie granicy nieprawdopodobieństwa (w końcu człowiek ma w sobie tylko sześć litrów tego płynu i doprawdy, ciśnienie wewnątrz organizmu nie jest na tyle wysokie, by krwawa fontanna trysnęła obficie na wspomnianą odległość), ale ze względu na zagrożenie wywołaniem u czytelnika obojętności – opisy kolejnych kanonad zlewają się ze sobą, zupełnie jak kałuże krwi na podłodze. W filmach Tarantino, które wszak od krwawych scen nie stronią, jakoś łatwiej to znieść, łatwiej zaakceptować konwencję – może dzięki wspaniale dobranej muzyce, może dzięki bogactwu nawiązań czy wręcz zapożyczeń z innych filmów, precyzyjnie rozpisanej choreografii walk i zmienności narzędzi do okaleczania i mordowania służących. A w książce pod tym względem nuda, panie, nuda – wszyscy tylko strzelają, bo operowanie narzędziem tnącym odbywa się w domyśle, a czytelnikowi prezentowane są jedynie zakrwawione efekty.

Nie mogę zostawić bez komentarza sugestii wydawcy, według której w „Księdze bez tytułu” można odnaleźć nawiązania do prozy Stephena Kinga. Nie mogę, bo żadnej paraleli nie dostrzegam (no, poza obecnością wampirów). W książce próżno szukać, tak charakterystycznego dla utworów Kinga, stopniowo narastającego napięcia, atmosfery zagrożenia nierzadko powodującej u czytelnika trudności z oddychaniem i ciarki na plecach. Nic z tych rzeczy. Zakończenia rozdziałów typu: „i tak wkrótce sam się o tym przekona” (str. 122) lub „będą mieli szczęście, jeśli uda im się przeżyć do końca dnia” (str. 171) nie potęgują wcale napięcia, choć mogą podsycać ciekawość. Kłopot jest także z odnalezieniem głębi psychologicznej postaci, wykorzystaniem lęków czy traumatycznych przeżyć z przeszłości. Przeciwnie – bohaterowie „Księgi bez tytułu” w porównaniu do postaci z książek Kinga, sprawiają wrażenie, jakby powołani do życia zostali jedynie kilka chwil przed rozpoczęciem akcji powieści. Owszem, w tekście można odnaleźć pewne drobne informacje na temat ich przeszłości, ale – podkreślam, w porównaniu do bohaterów najlepszych utworów Kinga – postaci te są płaskie, jednowymiarowe.

Podsumowując, w zamierzeniu zapewne miał być to utwór oddający fascynację filmami Tarantina, z pogranicza kryminału i horroru, napisany lekkim stylem, pełen szybkiej i zaskakującej czytelnika akcji, z błyskotliwymi i nasączonymi humorem dialogami. Ale niezupełnie się udało. Niezupełnie, gdyż akcja wprawdzie jest szybka, ale nie wszystkie wątki zostały w pełni wykorzystane czy wyjaśnione (jak choćby motywy postępowania bibliotekarki); rzekomo lekki styl jest uatrakcyjniany na siłę, pełen wymyślnych bon motów, które wprawdzie bawią, ale tylko raz, a ponowne napotkanie ich w tekście wywołuje grymas; z humorem jest też różnie: niektóre gagi wywołują szczery uśmiech, a inne – zapożyczone z innych utworów – już tak bardzo nie śmieszą, a na dodatek redakcja tekstu pozostawia sporo do życzenia. Zatem, jeśli to miał być hołd dla twórcy, to raczej nie najbardziej udany.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-02-15, 21:27   

Stieg Larsson Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Pisanie recenzji książki zahaczającej o tematykę spoza wiedzy ogólnej, jest o tyle trudne, że recenzent – nawet jeżeli popełni błąd merytoryczny – nie potrafi go wychwycić. Dzieje się tak dlatego, że kolokwialnie mówiąc: człowiek jest tylko człowiekiem. Przeważnie to osoby trzecie wskazują mu miejsca, gdzie za bardzo popuścił wodze fantazji. Problem występuje najczęściej przy omawianiu pozycji ściśle naukowych; w mniejszym stopniu w obrębie szeroko pojętej literatury popularnej.

Początkowo powieść Stiega Larssona mnie przerażała. No dobrze, może nie tyle „przerażała”, ile odpychała medialnym szumem, który wokół niej narastał. Wszędzie krążyły plotki, że książka jest więcej niż dobra, że jest przykładem ponadprzeciętnego kryminału. Na domiar złego wypowiedzi spotęgowane były oklepanym sloganem „światowy bestseller”. I kiedy już miałem sięgnąć po tę pozycję, w jednym z tekstów na temat pierwszego tomu „Millennium” przeczytałem: „thriller ekonomiczny”. Przyznam, że te dwa słowa ostudziły mój zapał. Ot, strach humanisty, dla którego wszelakie wątki z tak obcej dziedziny, jak ekonomia, stanowiły jedynie drogę do literackiego bełkotu. Jednak presja otoczenia okazała się silniejsza.


Autorem powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” jest Stieg Larsson – szwedzki dziennikarz, zmarły na atak serca w 2004 roku. Nie dożył spektakularnego sukcesu swojego dzieła. Miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie z pewnością spełniłyby jego oczekiwania. Źródło przepisu na sukces?

Szwecja bez Szwecji

Akcja powieści rozgrywa się w przeważającej mierze na niewielkiej wysepce Hedeby. Od czasu do czasu odwiedzamy też Sztokholm, miasto medialnych walk, wielkich przedsiębiorstw i jeszcze większych możliwości. To by było na tyle, jeżeli chodzi o szwedzkie klimaty. Autor nie zabiera czytelnika w podróż po ojczyźnie Abby. Szwecja niczym nie różni się od innych państw europejskich.

Larsson zdecydowanie większą uwagę skupia na prezentacji szwedzkiego społeczeństwa. W trakcie lektury odniosłem wrażenie, że kryminalna zagadka, choć niewątpliwie intrygująca, stanowi jedynie tło, na którym autor postanowił zobrazować coś o wiele głębszego: sytuację szwedzkich kobiet oraz wpływ zdegenerowanych kapitalistów na gospodarkę. Stieg Larsson stał za kobietami, to fakt. Jego życiowa partnerka, Eva Gabrielsson, wspomina: „Był zdeklarowanym feministą. Mawiał, że jego praca z kobietami była zawsze lepsza jakościowo. Twierdził, iż kobiety są bardziej otwarte na nowe idee i nie dążą do osiągnięcia pozycji za wszelką cenę. Stieg wiedział, do czego są zdolne, i często czuł się osobiście dotknięty ich krzywdą. Dyskryminacja i przemoc wobec kobiet były dla niego niepojęte i barbarzyńskie. Robił wszystko, co mógł, dla kobiet w swoim otoczeniu, zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym”.

Zapewne dlatego powieść obfituje w przykłady niegodziwości mężczyzn w stosunku do kobiet. Każdą część opatrzono mottem mającym zilustrować sytuację kobiet w Szwecji. Nic więc dziwnego, że zarówno pisarz, jak i wykreowana przez niego bohaterka, stali się ikonami radykalnego ruchu feministycznego, którego przedstawicielki niejednokrotnie porównywały mężczyzn do bestii znęcających się nad ofiarami. Hasło „Kobiety, które nienawidzą mężczyzn” nie przyjęło się w szwedzkim społeczeństwie, a ruch „Feministyczna Inicjatywa” otrzymała jedynie około 1,5 % głosów wyborców.¹ Dlaczego?

Choć pisarz ukazał pozycję szwedzkich kobiet tak, a nie inaczej, to jednak wielu ekspertów nie zgadza się z przedstawionym obrazem. Pära Ström w książce “Ucisk mężczyzn i imperium kobiet” otwarcie nawet stwierdza, że to mężczyźni mogą się czuć w Szwecji uciskani. Szczegółowo przytaczając prawa szwedzkiej płci pięknej, dowodzi: „Feminizm prowadzi wojnę płci, symulując tylko, że toczy batalię o równość. W rzeczywistości nie chodzi mu o nią, lecz o zdobycie przywilejów dla własnej grupy.” ² Jak jest w rzeczywistości? Na to pytanie potrafią odpowiedzieć jedynie kobiety. Skandynawię postrzega się jako region, w którym idea równości szans została zrealizowana w bardzo dużym stopniu.

Drugim aspektem, któremu pisarz poświęcił najwięcej miejsca, jest świat wielkich kapitalistów. Stieg Larsson, komunista z przekonania, propagował pogląd, że państwo dobrobytu „psuje się od głowy”. Właśnie w czasie premiery filmu M”ężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” rozgorzała w Szwecji debata na temat przedsiębiorców, magnatów podsycających chciwością kryzys gospodarczy. Jednak, o ile sytuację kobiet Larsson przedstawia skrajnie, o tyle do problemu kapitalizmu podchodzi bardzo profesjonalnie. Przedstawia dwie strony medalu. Nie zapomina o istnieniu „dobrych kapitalistów”, dzięki którym szwedzka gospodarka mogła się właściwie rozwinąć; o ich pomocy w budowie nowoczesnego państwa.

Kontrastowy duet

Pierwszoplanową postacią powieści jest Mikael Blomkvist. Dziennikarz i wydawca magazynu “Millennium”, które w kręgu szwedzkich mediów jest postrzegane w kategoriach organu prasowego drugiej kategorii, nie funkcjonującego według powszechnie ustalonych, twardych zasad kapitalizmu. Nierzetelnego outsidera starającego się wszelkimi możliwymi sposobami przykuć uwagę czytelników. Wszystko za sprawą wspomnianego bohatera, który z powodu opublikowania niewłaściwego artykułu, o niewłaściwej osobie, pada ofiarą sprytnie przygotowanej mistyfikacji. Atakowany przez kolegów po fachu, postanawia na jakiś czas wycofać się z życia publicznego, odpocząć. W takich okolicznościach poznajemy Mikaela Blomkvista.

Od pierwszego spotkania wiadomo, że nie jest to osoba pokroju “cholernego twardziela” w stylu Philipa Marlowe’a, ale duży chłopiec naiwnie wierzący, że dobrymi uczynkami i szlachetnymi ideami można naprawiać świat. Mikael Blomkvist, redaktor z powołania otwarcie toczący wojnę ze szwedzkimi dziennikarzami, którzy w „ciągu dwudziestu lat przekształcili się w grupę niekompetentnych chłopców na posyłki”. Co chciał osiągnąć Stieg Larsson, serwując czytelnikom bohatera o chłopięcym wyglądzie, ujmującym stylu bycia, a jednocześnie zażartości w walce godnej ostatniego samuraja? Jeżeli zabieg ów miał na celu zwiększyć sympatię do postaci to pisarzowi należą się wielkie brawa, bo zakończył się pełnym sukcesem. Także reżyser Niels Arden Oplev nie zapomniał nadać swojej wersji Mikaela Blomkvista chłopięcego uroku; świetna rola Michaela Nyqvista.

Kalle Blomkvist powinien być znany każdemu, kto choć trochę wykazuje zainteresowanie kryminałami. Postać, powołana do życia w 1946 roku przez Astrid Lindgren jest jednym z najmłodszych detektywów, jakich można spotkać w literaturze. Jak dużo Stieg Larsson czerpał z twórczości rodaczki? Pełną odpowiedź znał to pytanie jedynie autor „Millennium”. Faktem jest jednak, że obaj bohaterowie nie są doświadczonymi, sarkastycznymi detektywami. I jeden i drugi do pomocy otrzymuje sprawną ekipę gotowych na wszystko przyjaciół. Zarówno dla Mikaela, jak i Kalle’a, liczą się przede wszystkim takie zasady, jak przyjaźń, lojalność, przyzwoitość, czy gra fair-play. W powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” główny bohater kilkakrotnie przytacza książki Astrid Lindgren. Także identyczne nazwiska głównych postaci dają do myślenia.

Kończąc wątek należy zaznaczyć, że Stieg Larsson nie pozostawia żadnych złudzeń jeżeli chodzi o podział na jasne i ciemne charaktery w powieści. Mikaela Blomkvista wykreował na człowieka o złotych zasadach moralnych, prawie zawsze podejmującego decyzje zgodnie z własnym sumieniem. Dodatkowo ulokował go – z jednym wyjątkiem – w grupie osób o podobnych cechach. Można bardzo długo dyskutować nad plusami i minusami tak jednoznacznego podziału na dobrych i złych bohaterów. Debatować, czy taka konstrukcja fabuły nie prowadzi do zniwelowania elementu zaskoczenia; z góry wiadomo jaki będzie finał rywalizacji. Z drugiej strony wiele kryminałów opiera się na podobnych schematach wcale na tym nie traci.

Uzupełnieniem Mikaela jest Lisabeth Salander. Zadziorna dziewczyna lubiąca tatuaże, kolczyki, ostry seks oraz swoje kawasaki. Ponadto jedna z najlepszych hakerek we Szwecji, a być może również na świecie. Postać bez zahamowań; nieskrępowana zasadami rządzącymi społeczeństwem. Łamiąca konwenanse, mająca problemy z władzą, lekarzami i ogólnie wszystkimi, którzy chcą z buciorami wejść w jej życie. Czy taka osoba nadaje się na partnera w prowadzeniu śledztwa? Ktoś mógłby powiedzieć: „Z tak aspołeczną jednostką współpraca jest niemożliwa; nie ma miejsca za zaufanie”. Przed lekturą “Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” uznałbym takie rozumowanie za logiczne. Panienka z osą na szyi, patrząca wrogo na każdy twój ruch, nie zachęca do nawiązywania bliższej znajomości. Jak widać, już przy pierwszym spotkaniu z Lisabeth Kalander, mamy do czynienia ze stereotypem. Podświadomie zakładamy – ukształtowani przez system zasad obowiązujący w strefie naszej rodzimej kultury – że osoba odbiegająca zachowaniem oraz wyglądem od powszechnie przyjętych wzorców, nie jest w stanie należycie wypełniać pewnej funkcji. Nic bardziej mylnego. Bohaterka nie daje się zaszufladkować, udowadnia swoją wartość, walczy z kulturowymi zabobonami.

Stieg Larsson postawił przede wszystkim na kontrast. Naprzeciw poukładanego moralnie dziennikarza idealisty aspołeczną hakerkę. Co chciał osiągnąć? Pokazać, że w kraju, gdzie za sam wygląd policjant wali pałką po głowie, można łamać narzucone bariery? Dwójka jakże odmiennych bohaterów świetnie się dogaduje. Udowadnia niesprawiedliwość powierzchownych, zakorzenionych stereotypów. Lisabeth i Mikael razem tworzą duet, który na długo zapada w pamięć.

Bohaterowie, tajemnicza historia, szwedzka społeczna rzeczywistość to wszystko złożyło się na bardzo intrygujący kryminał. Powieść puchnie od atmosfery pełnej napięcia. Ponadto Stieg Larsson bardzo umiejętnie wyważył samą akcję. Fabuła książki nie przypomina szalonej gonitwy za rozwiązaniem. Historia rodu Vangerów jest opowiedziana rzeczowo, z profesjonalizmem i zaangażowaniem w detale. Svante Weyer, szwedzki wydawca, tak pisze o autorze cyklu Millenium: „Był świetnym stylistą, wspaniałym konstruktorem akcji, a jego książki są znakomicie osadzone w realiach społecznych. Mógł pisać wszystko”.



¹ Tomasz Walat Mężczyzna, który kochał kobiety “Polityka” 2009 nr 15 (2700) s.110-111
² Anna Nowacka-Isaksson Maskulizm czy feminizm http://www.rp.pl/artykul/113242.html
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-02-20, 07:16   

Tatiana Polakowa Karaoke dla damy z pieskiem

Pierwsze spotkanie z powieścią Tatiany Polakowej nie nastraja optymistycznie. Mówię o momencie, gdy czytelnik spaceruje po księgarniach w poszukiwaniu książki, przy której chciałby odpocząć, zrelaksować się, zapomnieć o kłopotach. Czym się kieruje? Człowiek lubi, żeby nie powiedzieć kocha, otaczać się pięknymi przedmiotami. Także wśród odbiorców literatury są osoby zwracające dużą uwagę na cechy zewnętrzne danej pozycji. Dlatego w świecie handlu tak ważną pozycję zajmuje dobra reklama. To właśnie estetyka wydania jest oceniana w pierwszej kolejności. Oczywiście pewna grupa czytelników przed zakupem książki zapoznaje się z opiniami na jej temat. Czy jest to jednak większość? Trudno powiedzieć.

„Karaoke dla damy z pieskiem” zwraca uwagę czytelnika, ale niekoniecznie budzi w nim pozytywne odczucia. Okładka przywodzi na myśl brukowce, lekkie czasopisma dla kobiet i mężczyzn, które – wypełnione zdjęciami ślicznych celebrytek (celebrytów) – nie oferują niczego wartościowego. Takie wrażenie jest jednak całkowicie mylące. Po przeczytaniu powieści otwarcie przyznaję, że z twórczością pani Tatiany Polakowej warto się zapoznać. Zwłaszcza, że w kryminałach jej autorstwa od czasu do czasu można natknąć się na złośliwie uwagi odnośnie brutalności życia w Rosji czy na cyniczne spostrzeżenia skierowane w stronę postkomunistycznego systemu władzy.

Akcja powieści ma miejsce w Rosji, dokładnie w jednym z jej mniejszych miast. Z fabuły można wywnioskować, że wydarzenia rozgrywają się już po rozpadzie Związku Radzieckiego. Być może w przyszłości, ale na tyle bliskiej, że pewne sposoby sprawowania rządów z czasów komunistycznych nadal cieszą się dużą popularnością. Należy jednak zaznaczyć, że świat, w którym funkcjonują postaci, nie jest opisany zbyt profesjonalnie. Autorka zaniedbała ten element książki, postawiła na prostotę, co nie do końca może się podobać odbiorcy. Czytelnik towarzyszący bohaterom może odnieść wrażenie, że od wspominanych kawiarni, banków czy mieszkań bije zapach sztuczności, dziecięcej naiwności. Od razu przed oczyma stają wioski potimkinowskie bądź sceny z „Misia” Stanisława Barei.

Pierwsze skrzypce w powieści gra Olga Riazancewa. Można pomyśleć, że to nowe wcielenie Paris Hilton. Wrażenie potęguje szata graficzna powieści wspomniana powyżej. Z reguły nie oceniam ludzi po wyglądzie, ale w tym przypadku górę wzięły pierwotne instynkty, które w żaden sposób nie mogły zrozumieć amoralnych aspektów takiego postępowania. Główną bohaterkę bez zastanowienia zaklasyfikowałem do grupy głupiutkich panienek, które myślą, że wszystko mogą tylko dlatego, że mają portfele bez dna oraz włosy koloru blond. Po przebrnięciu przez kilkadziesiąt stron tekstu zostałem zmuszony zweryfikować osąd. Postać okazała się osobą intrygującą, o swobodnym trybie bycia i ponad przeciętnym zamiłowaniu do wścibiania nosa w nie swoje sprawy. Patrząc na schemat powieści preferowany przez Tatianę Polakową Olga wydaje się idealnie odnajdywać w wyznaczonej jej roli. Na pierwszy rzut oka przypomina smarkulę, której nikt nie nauczył jeszcze, gdzie jest jej miejsce, jednak w gruncie rzeczy to bardzo twarda dziewczyna. Odnajdująca się nie tylko w galeriach handlowych i na przyjęciach towarzyskich, ale także podczas ostrej strzelaniny na przedmieściach. Autorka nie zapomniała wyposażyć bohaterki w całą paletę uczuć oraz magnetyzujący seksapil. Zapewne dlatego nie dostrzegamy w niej jedynie kolejnego wcielenia „cholernego twardziela” w spódnicy pokroju chociażby Owena Yeatsa, ale także kobietę, która niejednemu mężczyźnie mogłaby wywrócić świat do góry nogami.

Oczywiście można doszukiwać się podobieństw pomiędzy Olgą a innymi bohaterami kryminałów i może rzeczywiście postać wścibskiej pani detektyw nie jest szalenie oryginalna. Patrząc również pod tym kątem na fabułę, możemy dojść do podobnego wniosku. Nie zmieni to jednak mojego nastawienia do omawianej powieści. „Karaoke dla damy z pieskiem” zaliczyłbym do pierwszej klasy książek o charakterze rozrywkowym. Niezwykle wciągająca akcja, dialogi przepełnione czarnym humorem oraz intrygująca zagadka – to wszystko daje w rezultacie dobrą powieść, godną polecenia czytelnikowi w każdym wieku.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-03-09, 08:00   

Anna Kańtoch - Przedksiężycowi t.1

Czy możliwe jest zbudowanie społeczeństwa, składającego się wyłącznie z jednostek doskonałych, wybitnych, perfekcjonistów; społeczeństwa, którego każdy wytwór jest artystycznie wyrafinowany, niepowtarzalny, po prostu – piękny? Każdy obywatel jest najlepszy w swojej dziedzinie, a prawdopodobieństwo spotkania na ulicy geniusza jest stuprocentowe? Jak to osiągnąć? Przedksiężycowi są pewni, że mają sposób…

Przedksiężycowi rządzą światem, w którym dobra materialne dostępne są dla wszystkich za darmo, pod jednym tylko warunkiem – że mieszkańcy będą oryginalni, kreatywni, że wszystko, co stworzą, będzie nosić piętno sztuki. Wszystko jedno w jakiej dziedzinie – swoboda wyboru jest w pełni akceptowalna. W pierwszej chwili wydaje się, że to pociągająca wizja – koniec z przeciętnością, ubraniami pochodzącymi z jednej linii produkcyjnej, banałami straszącymi na każdym kroku. I jeszcze ta swoboda wyboru dziedziny, w której można się wykazać! Marzenie życia, nieprawdaż? Ale po początkowej ekscytacji przychodzi refleksja – co z tymi, którzy nie chcą/nie umieją/nie są w stanie się dostosować? Na takich nieprzystosowanych Przedksiężycowi mają sposób – po prostu pozbywają się ich. Dosłownie. Jak balastu. Ci, którzy odstają, nie nadążają, oddzieleni coraz bardziej od artystycznej reszty, są bezlitośnie eliminowani – kolejny Skok rozwiązuje ostatecznie problem, skazując na śmierć całe rzesze nie dość kreatywnych czy nie dość artystycznie wyrobionych obywateli. Na dodatek wszyscy członkowie społeczeństwa Lunapolis biorą udział w grze w samodoskonalenie nie znając kryteriów selekcji. Ale na wszelki wypadek zamawiają dzieci z określoną kombinacją genów, która – jak sądzą – może okazać się tą jedyną, gwarantującą szczęśliwe dotrwanie do Przebudzenia, momentu przekroczenia bram Raju. Albo wymieniają geny sobie, powiększając w ten sposób potencjalne uzdolnienia. Tyle tylko, że działają na oślep, wszak nie wiedzą, co gwarantuje sukces. Przerażające. I byłoby przerażające, nawet gdyby śmierć była tylko powieściową metaforą (a nie jest!), wykluczeniem, wyrzuceniem poza społeczny nawias. Przecież to eugenika w najgorszym wydaniu, czysty totalizm, artystycznie polukrowany dla niepoznaki. Przedksiężycowi chcieli stworzyć społeczeństwo doskonałe, a wyszedł im wyścig szczurów wśród celebrytów.

Kreacja świata robi wrażenie i nie jest to wizja optymistyczna. Wszak eugenika już kiedyś znalazła piewców, że o nazistowskich teoriach rasowych nie wspomnę. Bardzo nie życzyłabym sobie, aby taka lub choćby tylko podobna dyktatura była naszą przyszłością. Przyszłością, w której na społeczny niebyt skazuje się ludzi „niekompatybilnych” z najnowszymi gadżetami technicznymi, ludzi „niekreatywnych” czy za nic mających medialną popularność. Przyszłością, w której wszyscy muszą (nie – mogą lub chcą, tylko właśnie muszą) robić karierę zawodową; przyszłością, w której sens życiu nadaje sukces i rozgłos. Tylko to się liczy. Nie mam nic przeciwko kreatywności, ale ponieważ obserwuję na co dzień dewaluację tego określenia i stosowanie go w znaczeniu coraz bardziej pejoratywnym, naprawdę obawiam się świata, w którym tak właśnie powierzchownie rozumiana będzie głównym kryterium przydatności społecznej. „Kreatywność”, przejawiająca się także w wymyślaniu coraz to nowych sposobów zadawania bólu czy organizacji krwawych widowisk. A ponieważ w świecie powieści tak właśnie powierzchownie rozumiany artyzm czy kreatywność dominuje (przy jednoczesnym braku opisu geniusza w działaniu), zatem wydaje mi się, że autorka sportretowała coraz wyraźniejszy trend: społeczeństwo składające się z celebrytów. Celebrytów zapatrzonych w siebie, zainteresowanych jedynie osiąganiem perfekcji w najbardziej „chwytliwej” dziedzinie, po prostu cynicznych karierowiczów. Ale celebrytów złapanych w pułapkę, skazanych na wieczny wyścig, ciągłą rywalizację, ustawiczne wymyślanie na nowo siebie i swojej sztuki.

Fabuła powieści i konstrukcja bohaterów są trudne do oceny, gdyż czytelnik dysponuje jedynie pierwszą częścią opowieści, w zasadzie wstępem do właściwej historii. Akcja na razie nie przeraża tempem (to nie zarzut), rozwija się raczej powoli, a bohaterowie bez pośpiechu przedstawiani są czytelnikowi. I choć ich motywacje momentami wydają się naiwne czy też nazbyt młodzieńczo idealistyczne, to przecież mamy do czynienia dopiero z pierwszym tomem – bohaterowie jeszcze będą mieli okazję dojrzeć i wydorośleć (o ile zdążą przed kolejnym Skokiem).

Szczerze mówiąc, perypetie poszczególnych postaci nie zainteresowały mnie jakoś specjalnie – o wiele ciekawsze wydały mi się tajemnice powieściowego świata. Świata, ograniczonego do jednego miasta, istniejącego w różnych wersjach czy też stadiach rozpadu. Świata, w którym entropia jest bezlitośnie skuteczna, a jeden, jedyny wyjątek czyni dla obcego przybysza. Świata, w którym częstotliwość Skoków jest większa od statystycznej wymiany pokoleń (populacja wykazuje stałą tendencję zniżkową). Świata, rządzonego poprzez dyskusyjne i niekonsekwentne zalecenia Przedksiężycowych (zakaz stosowania w domach oświetlenia gazowego przy jednoczesnym zezwoleniu na używanie go w latarniach ulicznych), ale jednocześnie świata, w którym sensu tych zaleceń nikt nie podważa. I w końcu świata, który ma ściśle określony „termin ważności”… Nie ukrywam, pierwszy tom „Przedksiężycowych” rozbudził moją ciekawość i mam nadzieję, że kolejny wyjaśni wątpliwości dotyczące zasad funkcjonowania świata opowieści.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-03-14, 21:10   

Michał Protasiuk Struktura

Podejmując pracę w banku nie spodziewałem się wielkich zmian w moim życiu. Ot, kolejny przystanek na drodze zawodowej, prawdopodobnie jeden z wielu. Inaczej patrzyła na ową „finansową nobilitację” rodzina, święcie przekonana, że od tej pory będę chodził w markowych ciuchach, jadał w drogich restauracjach, bujał się wypasionymi brykami. Dość szybko wyprowadziłem ich z błędu. Praca w wielkiej korporacji nie jest usłana różami.

Mniej więcej takie przesłanie bije ze „Struktury”, której autor zabiera czytelnika w podróż po tajemnicach InnCorpu, warszawskiej firmy, będącej żywym przykładem realności hasła „od pucybuta do milionera”. W trakcie pierwszego spaceru jej korytarzami dochodzimy do wniosku, że oto mamy do czynienia z kolejną korporacją, nie wyróżniającą się niczym niezwykłym z setki innych przedsiębiorstw. Opaleni, zawsze uśmiechnięci kierownicy w świetnie skrojonych garniturach, długonogie sekretarki w czerwonych szpilkach, pracownicy za wszelką cenę chcący udowodnić swoją wartość oraz wszędobylski zapach propagandowej „szczęśliwej rodziny”. To wszystko polane bezustanną walką o jak najlepsze wyniki, terminy i masę innych czynników wpływających na wielkość portfela członków zarządu.

„Korporacyjne było tu wszystko: przestronny westybul i podświetlana fontanna w jego środku. Uśmiech recepcjonistki, szczegółowo regulowany wewnętrzną procedurą, i dotykowy monitor, na którym długie paznokcie wybrały nazwisko Pawła Masłowskiego. Miękka kanapa i duży wybór biznesowych dzienników rozsypanych w symetryczny wachlarz na szklanym stoliku”.1)

Pierwsze wrażenie nie daje jednak pełnego obrazu InnCorpu. Rzeczywisty wizerunek firmy odkrywamy stopniowo, wespół z bohaterami powieści, którzy o niczym innym nie marzą jak tylko poznać prawdę.
Patrząc na postaci stworzone przez Michała Protasiuka nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oto mam przed sobą dwójkę detektywów ze słynnego archiwum. Z jeden strony Maciej Stąpor, twardo stąpający po ziemi spec od przetwarzania danych, a z drugiej Natasza, piękność zafascynowana urban legends oraz radiowymi szumami. We dwójkę starają się zerwać zasłonę tajemnicy, odsłonić prawdziwe oblicze wszechwładnej korporacji. Oczywiście bardzo upraszczam. Zarówno Maciej jak i Natasza żyją własnym życiem, bez oglądania się na Foxa czy Scully. Czym jest „Struktura”? Na to pytanie będą chcieli znaleźć odpowiedź.

W „Strukturze” wyróżniłbym dwa główne, przenikające się wątki.
Pierwszy, nazwijmy go „przyziemnym”, dotyczy korporacyjności i wszystkiego co z tym hasłem ma związek. Działania HRu, techniki negocjacyjne, podejście przełożonych do podwładnych, system kija i marchewki, mit awansu - to wszystko czeka na pragnących zagłębić się w świat wielkich szczęśliwych rodzin biznesu. Oprócz tego autor umożliwia nie tylko poznanie mechanizmu kierującego wielkimi firmami, ale także podgląd życia ich pracowników. Drugi wątek stanowią próby poznania prawdy przez głównych bohaterów powieści. Jak wspomniałem, oba tematy zachodzą na siebie, wzajemnie się uzupełniają. Jeden odpowiada za nastrojowość powieści i jej spiskowy klimat, a drugi za jej tempo oraz dynamikę wydarzeń.

Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie niedalekiej przyszłości. Ze zrozumiałych względów nie jest to miasto zza naszego okna. Świat poszedł naprzód: pojawiły się w pełni skomputeryzowane samochody, wszystkowiedzący „asystenci”, kosmici i drapacze chmur rodem co najmniej z Chicago. Stolica Polski zwiększyła swoje znaczenie na arenie międzynarodowej. Pracownicy wojska i służb wywiadowczych zaczęli upodabniać się do prawdziwie męskich kowbojów z Ameryki. Political fiction? Sądzę, że to za duże słowo, niemniej jednak gdyby troszeczkę bardziej rozbudować wątek polityczno-gospodarczy, to czemu by nie?

Podsumowując, „Struktura” to książka na dobrym poziomie. Michał Protasiuk po raz kolejny udowadnia, że zna się na pisaniu. Wiarygodne kreacje bohaterów, dynamiczna akcja oraz przystępny język wypowiedzi złożyły się na powieść intrygującą, trzymającą w napięciu od początku do końca. Jacek Dukaj o książce napisał: „W Polsce podobna SF dla myślących stanowi wielką rzadkość”. Zgadzam się z nim w pełnej rozciągłości.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-03-17, 20:53   

Juliusz Verne Pięć tygodni w balonie

Twórczość Juliusza Verne’a była prawdopodobnie omawiana setki razy. Spoglądano na nią z każdej możliwej perspektywy, analizowano w odniesieniu do wielu trendów współczesnej literatury. W związku z tym ciśnie się na usta pytanie: co jeszcze można powiedzieć o jednym z ojców fantastyki naukowej?

Śmiem przypuszczać, że Juliusza Verne’a zna większość odbiorców fantastyki. A jeżeli ktoś nie miał styczności z jego powieściami to na pewno słyszał o kapitanie Nemo, Phileasie Foggu, bądź wyprawie do wnętrza Ziemi, która swoją drogą całkiem niedawno została po raz kolejny zekranizowana. Ten wspomniany francuski pisarz, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, zasłynął przede wszystkim książkami o tematyce podróżniczo-przygodowej, które w wielu przypadkach opatrzone były popularno-naukowymi przypisami. Będąc małym smykiem zaczytywałem się w historiach przez niego opisywanych, a i dzisiaj zdarza mi się po nie sięgać. Można by długo rozprawiać o fenomenie Juliusza Verne’a. Nie jest to jednak czas i miejsce na to. Jeżeli jednak ktoś zadałby mi pytanie: “co sprawia, że książki francuskiego pisarza tak dobrze się czyta?”, odpowiedziałbym bez wahania: wartka akcja, sympatyczni bohaterowie, interesujące scenerie wydarzeń.

Pozycją autorstwa Juliusza Verne’a, z którą zapoznałem się najwcześniej była powieść “Pięć tygodni w balonie” (fr. Cinq semaines en ballon. Voyages des découvertes en Afrique par trois Anglais). W Polsce po raz pierwszy została ona wydana w odcinkach w Gazecie Polskiej 1863 roku, a w roku ubiegłym ukazało się jej wznowienie nakładem wydawnictwa Zielona Sowa. To właśnie owo wydarzenie skłoniło mnie do napisania niniejszego tekstu, zwłaszcza, że na polskim rynku recenzje książek wspomnianego pisarza praktycznie nie występują.

Miejscem wydarzeń opisanych w książce jest Afryka, mniej więcej tereny leżące w pobliżu równika. Można być jeszcze bardziej szczegółowym i dodać, że – jak wskazuje sam tytuł powieści – większa część akcji rozgrywa się w przestworzach. Autor, jak na osobę, która nie podróżowała za wiele, wykazał się bardzo dużą znajomością realiów panujących na czarnym lądzie. Towarzysząc postaciom w ich powietrznej wędrówce, mamy szansę bardzo dokładnie zapoznać się zarówno z fauną, jak i florą Czarnego Lądu. Wiele miejsca poświęcił także kondycji społeczno-politycznej plemion afrykańskich. Należy jednak zaznaczyć, że wszystkie przytaczane przez Juliusza Verne’a informacje opierają się na ówczesnej wiedzy podręcznikowej. Podejrzewam, że uważny czytelnik, dysponujący pokaźną wiedzą, jest w stanie wyłapać pewne nieścisłości. Niemniej dla przeciętnego zjadacza chleba pozostaje to nadal bardzo trudnym zadaniem.

Głównymi bohaterami pięciotygodniowej podróży balonem nad Afryką są geograf Samuel Fergusson, jego służący Joe oraz Dick Kennedy, myśliwy. Każda z postaci została przedstawiona w jak najcieplejszych barwach. Można powiedzieć, że francuski pisarz w tych trzech osobach zamknął większość pozytywnych cech charakteru. Mamy więc do czynienia z ludźmi odważnymi, pogodnymi na duchu, życzliwymi, oddanymi zadaniu, itd. Dodatkowo poszczególni bohaterowie zostali obdarzeni pakietem przymiotów charakterystycznych tylko dla nich samych. I tak dla przykładu: doktor Fergusson posiada wręcz nieograniczoną wiedzę z przeróżnych dziedzin nauki, Dick jest wyśmienitym strzelcem, a lokaj Joe zwinnym i uczynnym młodzieńcem, wielbiącym swojego pana. Mówiąc językiem dostosowanym do stylu pisarskiego Juliusza Verne’a: razem tworzą bardzo uroczą grupę podróżników.

Powieść nie jest niestety pozbawiona wad. Wynikają one jednak nie tyle z braku umiejętności pisarskich Juliusza Verne’a, ile z powodu zmieniającej się mody literackiej. Po pierwsze, powieść jest utrzymana w konwencji podróżniczo-przygodowej, która największą popularnością cieszyła się w XVIII i XIX wieku. W czasach dzisiejszych książki pisane pod ów schemat mają zdecydowanie mniej sympatyków. Owszem literatura przygodowa nadal ma powodzenie, ale motywy podróżnicze czy naukowe w niej zawarte są mniej pożądane. Po drugie, autor “Pięciu tygodni w balonie” operuje językiem bardzo prostym. W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że powieść nie jest skierowana tylko i wyłącznie do przedstawicieli młodszego pokolenia. Nie, odbiorcą jest każdy, ale nie każdemu może odpowiadać stylistyka vernowskich tekstów.

Podsumowując, powieść polecam każdemu, kto choć raz miał do czynienia z książką o charakterze przygodowo-podróżniczym. “Pięć tygodni w balonie” znakomicie odnajduje się w roli literatury rozrywkowej. Dynamiczna akcja potęgowana dodatkowo przez krótkie rozdziały powoduje, że książkę czyta się szybko i lekko. Lektura idealna w trakcie chociażby podróży do pracy.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Toudisław 
Ropuszek


Posty: 6063
Skąd: Z chińskiej bajki
Wysłany: 2010-03-18, 10:15   

Robert Cichowlas i Kazimierz Kyrcz Jr, Siedlisko


Alfred Hitchcock uważał, że film winien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno już tylko rosnąć. Jeżeli ktoś uważa, że ta zasada powinna dotyczyć również literatury, to Siedlisko Roberta Cichowlasa i Kazimierza Kyrcza Juniora raczej mu go gustu nie przypadnie.


Dawno nie czytałem żadnej opowieści grozy, zatem do książki podszedłem z zapałem, licząc na wytrącenie z kolein czytelniczej rutyny. Na dodatek akcja powieści dzieje się pod Krakowem, czyli w znanych mi okolicach. Wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z twórczością żadnego z autorów, można więc powiedzieć, że moja ciekawość została stosownie pobudzona.

Od samego początku uderza podobieństwo do 13 duchów w reżyserii Steve'a Becka – ojciec samotnie wychowujący dzieci sprowadza się do stojącego na uboczu domu, w którym zaczyna się dziać coś podejrzanego. To tylko jedna z kilku zbieżności, ale ich odkrywanie najlepiej zostawię czytelnikom, wielbiciel gatunku na pewno znajdzie ich więcej niż ja. Nie ma to jednak oznaczać, że autorzy nie są w żaden sposób oryginalni. Te filmowe skojarzenia traktuję jak bakalie w cieście. Smaczne dodatki.

Akcja powieści, jak już wspomniałem, toczy się zarówno w okolicach Krakowa, jak i w samym mieście. Jednak trudno w utworze doszukiwać się urbanistycznego klimatu, podobnego choćby do takiego, jaki znaleźć można w Tracę ciepło Łukasza Orbitowskiego. Powieściowe ulice noszą prawdziwe nazwy i są często wspominane, ale nie są same w sobie częścią fabuły. Miasto jest tutaj tworem martwym, a akcja Siedliska mogłaby toczyć się w każdym innym mieście, nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Sceneria nawiedzonego domu towarzyszy czytelnikowi przez całą lekturę i jest głównym „horrorowym” motywem powieści, jednak podawanym powoli i w małych porcjach. Może się to podobać, bo duchy nie przelatują po pokojach co chwilę, a subtelniejsze motywy nadprzyrodzone wyglądają lepiej jako przysłowiowa wisienka, niż jako cały tort. Wraz z rozwojem akcji atmosfera grozy oczywiście narasta, ale pełną horrorową scenerię dostajemy dopiero na zakończenie, co we mnie osobiście wzbudziło akurat mieszane uczucia. Zbyt szybkie odsłonięcie kart zazwyczaj pozbawia lekturę napięcia, jednak w przypadku Siedliska fabuła już rozgrywa się bardzo powoli, a czytelnik nie może się doczekać początku właściwej akcji.


Do połowy powieści wątków nadprzyrodzonych jest jak na lekarstwo. Długo przedzierałem się przez historię ojca wychowującego dzieci i poznawałem jego problemy związane z tym niewątpliwie trudnym zadaniem. Będę już wiedział, jak użerać się z „fachowcami” od montażu komina, że żywienie dzieci parówkami na dłuższą metę nie zdaje egzaminu oraz że w opinii kilkuletniego dziecka wizyta w parku rozrywki bije na głowę atrakcyjnością odwiedziny w centrum kultury japońskiej. Ale to nie koniec pożytecznych informacji. Można się też dowiedzieć, jakich pokus dostarcza młoda opiekunka do dziecka w domu wdowca oraz jak burzliwe potrafią być relacje z teściową. Bo niestety tak wygląda ponad połowa fabuły.


Takie jej prowadzenie wydawałoby się uzasadnione, gdyby otoczenie odgrywało ważną rolę w wydarzeniach. Ale jak wspomniałem, tak nie jest. Mimo rozbudowanych opisów nie poczułem więzi z miejscami akcji. Gdybym choć troszkę nie znał powieściowych terenów, wydawałyby mi się one wręcz tekturowe.


Długo zastanawiałem się, czy tak powolne wprowadzanie czytelnika w nastrój opowieści nie ma czasem na celu możliwie pełnej prezentacji profilu psychologicznego bohatera. Do tej pory nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie w sposób definitywny. To chyba zależy od osobistej oceny postaci, jaką wyrobi sobie każdy czytelnik. Dla mnie monotonia w Siedlisku miała podkreślać przeciętność bohatera, jego nudną typowość. Nie jestem jednak przekonany czy nie dałoby się tego efektu osiągnąć innymi sposobami, niż skazując czytelnika na przydługawe opisy.


Co w takiej sytuacji nieco dziwi, książka nie nudzi tak potwornie, jak by to się mogło zdawać. Autorzy – może dzięki ciekawej narracji, a może dzięki płynnemu językowi – potrafią zainteresować czytelnika na tyle, by przedarł się przez gąszcz mało ciekawych opisów czy prawie pozbawionych akcji rozdziałów. Długo można nie zwrócić uwagi na fakt, że tak naprawdę niewiele się dzieje, licząc, że może już na następnej karcie powieści wyskoczy na nas… I faktycznie, akcja mimo powolnego wstępu w pewnym momencie znacznie przyspiesza. Wydarzenia następują po sobie tak szybko, że sprawia to wrażenie przekroczenia jakiejś nierealnej granicy, znalezienia się w świecie, w którym czas upływa w innym tempie. Odkrywamy też coraz więcej mrocznych i ociekających krwią tajemnic bohaterów. Taka, wręcz rewolucyjna, zmiana zmusza do innego spojrzenia na wydarzenia i na ludzi w nich uczestniczących. Autorzy wywracają go góry nogami naszą ocenę rzeczywistości. Takie zakończenie to chyba spore ryzyko. Łatwo może się nie spodobać i być uznane za zbyt dziwaczne. Mnie jednak ono kupiło, moim zdaniem równoważy nieco ślamazarny początek i w jakiś sposób go tłumaczy.

Na pochwałę zasługuje sposób wydania książki, grafika na okładce, ale i wewnątrz woluminu pasuje nastrojem do powieści i w moim mniemaniu dobrana jest bardzo dobrze. Podoba mi się sposób, w jaki wydawnictwo traktuje swoje zadanie.

Recenzowanie Siedliska było dla mnie nie lada wyzwaniem. Nie chodzi o to że książka ta wymagała wielkiej wiedzy czy wyłapywania wielu ukrytych kontekstów. Nie spotkałem się z dziełem, którego ocena obiektywna tak różniłaby się od subiektywnej. Bo gdy o nim myślę, mam mieszane uczucia. Z jednej strony skłaniam się ku niezbyt pozytywnej ocenie – mało w nim oryginalności, a za dużo – jak na mój gust – długich (za długich) opisów. Ale z drugiej strony – zdaję sobie sprawę, że ta ocena jest czysto subiektywna, a cechy wskazane jako wady z łatwością można ignorować. A wtedy książka staje się przyjemną, aczkolwiek nie porywającą, rozrywką. I chyba tak należy ostatecznie Siedlisko oceniać. To porcja ciekawej rozrywki podanej w zjadliwy sposób. Ja nie uważam, by mój czas został zmarnowany.




Robert Cichowlas i Kazimierz Kyrcz Jr, Siedlisko

Grasshopper, 2009
_________________
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-03-18, 19:07   

Tom Knox Sekret Genezis

„Błyskotliwy thriller z rytualnymi morderstwami i tajemnicami historii w tle”. Tymi słowami kusi wydawca potencjalnego odbiorcę książki Toma Knoxa „Sekret Genezis” - i muszę powiedzieć, że w moim przypadku zdały one marketingowy egzamin. Obrzędowe zbrodnie, grzebanie w przeszłości, archeologiczna zagadka? To jest to, co pasjonaci historii cenią najbardziej, a zwłaszcza ci lubujący się w klimatach kryminalno-sensacyjnych.

Na pierwszym bądź drugim roku studiów pożyczyłem od przyszłej żony „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Do dnia dzisiejszego powieść ta jest jedną z najszybciej przeczytanych przeze mnie książek. Wszystko za sprawą dynamicznej akcji, sympatycznych bohaterów, zagadki czekającej na odkrycie a także dość kontrowersyjnym spostrzeżeniom na temat początków chrześcijaństwa. Owa mieszanka była na tyle wybuchowa, że w świecie literackim bardzo długo wrzało od rewelacji opisanych przez autora. Do czego zmierzam? Prawdę powiedziawszy spodziewałem się czegoś podobnego po książce Toma Knoxa. Nie ataku hordy religijnych fanatyków, ale jakiegoś chociażby wrzenia wywołanego archeologicznymi spekulacjami. Może jeszcze się doczekam. W końcu autor sam pisze:
„Sekret Genezis” jest fikcją literacką. Jednak większość pojawiających się tu religijnych, historycznych i archeologicznych informacji opiera się na faktach i jest zgodna z prawdą.

Powieść trzyma w napięciu do samego końca. Przeczytawszy zaledwie kilkanaście stron zostajemy rzuceni na pożarcie brutalnemu mordercy, a także tajemnicy piasków południowo-wschodniej Turcji. Początkowo możemy odnieść wrażenie, że oto mamy do czynienia z przeciętną literaturą przygodową z pseudo historycznymi wstawkami. Francusko-niemieckie wykopaliska, cenne znalezisko, zachłanny przestępca i nowe wcielenie Indy’ego. Nic bardziej mylnego. Z rozdziału na rozdział powieść przybiera coraz wyraźniej barwy thrilleru, horroru z krwi i kości, którego autor nie boi się szokować opisami makabrycznych zbrodni. Morderstw dokonywanych przez psychopatę ogarniętego manią naśladowania okrucieństw Inków, Azteków, Wikingów i wszystkich pozostałych dawnych społeczeństw rozsmakowanych w zadawaniu wyrafinowanego cierpienia.

Miejsce akcji powieści nie jest oderwane od rzeczywistości. Z łatwością możemy odnaleźć się w angielskich, francuskich czy też tureckich realiach. Niemniej świat zewnętrzny nie żyje swoim życiem. Podporządkowany jest głównemu wątkowi „Sekretu Genezis”. Kwestie polityczne i gospodarcze zostały potraktowane marginalnie, a Tom Knox trochę więcej miejsca poświęca jedynie społeczeństwom czy też antagonizmom panującym pomiędzy wybranymi narodami.

Jeżeli miałbym wskazać słabe punkty powieści, to powiedziałbym, że są nimi bohaterowie, a w szczególności postać Roberta Luttrella. Nie przypadła mi ona do gustu nie dlatego, że momentami przypomina kiepskie połączenie Indiany Jonesa i H. Poirota. Osobiście uważam, że jest mdła. Jak na zagranicznego korespondenta, który wykazuje ponadprzeciętne zamiłowanie do bycia w centrum wydarzeń, zdecydowanie za dużo w nim taniej ckliwości i rozmyślań nad ciepłem domowych pieleszy. Jakby tego było mało, czytelnik przynajmniej ze dwadzieścia razy jest informowany o tym, jak Rob Luttrella kocha córkę, jak za nią tęskni, pragnie ją głaskać i rozpieszczać. Rozumiem, że postać może mieć wewnętrzne dylematy, ale co za dużo, to niezdrowo.

Podsumowując, powieść „Sekret Genezis” to bardzo dobry thriller. Jak każda powieść miewa wzloty i upadki, ale ogólne wrażenie pozostawia bardzo dobre. Jeżeli w przyszłości natknę się na kolejną książkę Toma Knoxa, na pewno nie przejdę obok niej obojętnie.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-04-09, 22:39   

Stephen King Miasteczko Salem

Na fali rosnącej fascynacji dziećmi nocy postanowiłem ponownie sięgnąć po „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. Powiedzmy, że potrzebowałem odmiany. Czegoś co pozwoliłoby mi wrócić myślami do czasów, kiedy wszystko było jasne i przejrzyste. Dobro podejmowało walkę ze złem na prostych zasadach, bez domieszki tragicznych historii rodem z kolumbijskich telenowel. Dość miałem wszędobylskich historii przygodowo-miłosnych spod znaku całowania połączonego z wysysaniem. Miałem ochotę na wampiry o trupiobladej cerze, omamiającym spojrzeniu i kłach połyskujących w świetle nocy.

Z pomocą przyszedł jak zawsze Stephen King, którego mam nadzieję nie trzeba nikomu przedstawiać. Zwyczajny facet, ot, od czasu do czasu błyśnie talentem pisarskim. Uważam się za szczęściarza, bo autor „błysnął” akurat podczas pracy nad „Miasteczkiem Salem”, co pozwoliło mi cieszyć się taką lekturą, jakiej akurat potrzebowałem. Po raz pierwszy miałem przyjemność zapoznać się z nią w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy będąc smykiem, nie zwracałem większej uwagi na język wypowiedzi czy kreację bohaterów. Liczyło się tylko to, że czytam sławnego Kinga i to, że już po razu rozdziałach miałem kłopoty z zaśnięciem. Ówczesny stan ducha określiłbym mianem: oczarowany.

Dziś, kilka lat później, nadal powieść robi na mnie duże wrażenie.
Przede wszystkim świetnie się ją czyta. Jeżeli przyszłoby mi szukać przymiotników określających język wypowiedzi Stephena Kinga, w czołówce uplasowałyby się takie słowa jak: normalny, ludzki, rozrywkowy. Bo na czym polega fenomen pisarza z Maine? Prawda objawiona: doskonale łączy horror z powieścią obyczajową. Poznając kolejnych bohaterów (względnie miejsca) z „Miasteczka Salem”, nie miałem wrażenia oderwania ich od rzeczywistości i uplasowania gdzieś pomiędzy Strefą Mroku a aktami z Archiwum X. Przez całą powieść postrzegałem ich jak zwyczajnych ludzi z krwi – choć tej stale im ubywało – i kości. Ludzi bojących się, pocących i cuchnących, a nawet gnijących. Jak się dobrze przyjrzeć, takie Salem możemy dostrzec chociażby jadąc pociągiem z Wrocławia do Warszawy, czy na jakiejkolwiek innej trasie zahaczającej o małe miejscowości. Realność świata wykreowanego przez Stephena Kinga to zdecydowany plus powieści.
Że w książce aż się roi od wampirów? Cóż z tego. Jeżeli książka trzyma w napięciu od samego początku do końca, to wybaczcie, ale nie widzę zbytniej różnicy pomiędzy wampirem a psychopatą z nożem w jednej ręce i ludzką głową w drugiej. Zło przybiera różne formy. Zawsze jest przerażające.

Głównymi bohaterami „Miasteczka Salem” jest pisarz Ben Mears i chłopiec imieniem Dan. Zgodnie z wszelkimi regułami rządzącymi na niebie i ziemi – w godzinie próby łączą siły, aby wspólnie działać przeciwko potworowi w ludzkiej skórze, panu Kurtowi Barlow. Długowiecznemu wampirowi, który z tytułowego miasteczka postanowił zrobić jadłodajnię. Rozpoczyna się zaciekła walka, z rozdziału na rozdział przybierająca na sile. Zarówno jedna, jak i druga strona będzie miała szereg popleczników, krócej lub dłużej żyjących, ale zawsze.
„Miasteczko Salem” nie byłoby takie samo bez bladolicych potworów. To z nimi jest kojarzone przede wszystkim i zapewne tak już pozostanie. Na szczęście nie przypominają one pupilków dzisiejszej młodzieży. Stephen King roztacza przed czytelnikiem obraz wampira, któremu bliżej do Drakuli Brama Stokera niż do postaci z powieści Stephenie Meyer. Wbrew pozorom ma to bardzo wielkie znaczenie, szczególnie przy budowie specyficznej atmosfery „Miasteczka Salem”. Mając za wrogów prawdziwych nosferatu, nie przenosimy się w rzeczywistość cukierkowatych emo-wampirów, ale w krainę prawdziwej grozy. Oddziałującej na nas mniej lub bardziej, w zależności od czytelnika.

Podsumowując, historię Salem polecam każdemu, kto chciałby choć na moment zapomnieć o otaczającym go świecie. Powieść wciąga, trzyma w napięciu, zapewnia nieoczekiwane zwroty akcji i dzięki temu stanowi świetną rozrywkę. Jeżeli chcielibyście poznać wampiry spoza kręgu powieści Stephenie Meyer, „Miasteczko Salem” jest książką dla was.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-04-14, 18:45   

Stephen King Ostatni bastion Barta Dawesa

Gdy słyszycie “Stephen King”, jakie jest wasze pierwsze skojarzenie? Mi momentalnie przed oczami pojawia się autor horrorów z czarodziejskim kapeluszem pomysłów oraz wiecznie żywym “stanem Maine”. Sięgając po dowolny tekst literacki sygnowany jego nazwiskiem zakładam, że będzie on z zasady przyprawiał o gęsią skórkę, wywoływał uczucie niepokoju, a przede wszystkim nadmiernie rozbudzał uśpioną wyobraźnię. Nie spodziewam się jednak, że ilekroć sięgnę po powieść – czy też opowiadanie – zostanę pogryziony, opętany, zarażony czy też zmiażdżony. Nie, nie spodziewam się tego i wam też nie radzę.

Stephen King niejednokrotnie udowadniał, że straszyć potrafi. Robi to z powodzeniem czy to się komuś podoba czy nie i w najbliższym czasie nie planuje przestać. Od blisko czterdziestu lat wypycha umysły czytelników całego świata obrazami zła kryjącego się pod najróżniejszymi postaciami, od wampirów gryzących po zachodzie słońca po dzieci przetrącające karki rówieśników kijem do bejsbola. Stephen King, autor z wieloletnim doświadczeniem, pisarz znakomicie odnajdujący się zarówno w klasycznej literaturze grozy jak i powieści obyczajowej.

Ostatni bastion Barta Dawesa zaliczyłbym właśnie do tej drugiej kategorii. Stephen King, tym razem ukrywający się pod pseudonimem „Richard Bachman”, prezentuje dramat człowieka, który z dnia na dzień stracił dorobek całego życia. Śliczną i oddaną żonę, pralnię, gdzie pracował przez dwadzieścia lat oraz dom rodzinny, miejsce będące pomostem łączącym go ze zmarłym synem. Ogarnięty rozpaczą, pałający nienawiścią do osób odpowiedzialnych za wywrócenie świata do góry nogami, Bart Dawes rozpoczyna samotną walkę w obronie dóbr.

Patrząc na głównego bohatera, a także na rzeczywistość go otaczającą niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że oto stoi przede mną człowiek-marionetka. Bezwładny golem pląsający w takt melodii szaleństwa. Od początku bowiem jesteśmy świadomi, że historia z jego udziałem nie może zakończyć się szczęśliwie. Ostatni bastion Barta Dawesa nazwałbym zapiskami opowiadającymi o istocie przypartej do muru, mającej świadomość nieuniknionej porażki, a mimo to – walczącej. Być może historią zwykłego szaleńca, schizofrenika nie mogącego pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby. Niezależnie jednak od naszej moralnej oceny głównego bohatera faktem pozostaje to, że jest on postacią tragiczną.

Stephen King przyzwyczaił do powieści wielowątkowych. Być może dlatego po przeczytaniu ostatniego zdania wspominanej książki czuję lekki niedosyt. Fabuła skupiona tylko i wyłącznie na jednej postaci może nudzić, co uważam za całkowicie naturalny stan rzeczy. Ile można czytać ciągle o tym samym? Poznajemy bohatera, wczuwamy się jego sytuację, zaczynamy rozumieć ból buzujący mu w skroniach. Jesteśmy świadkami jak postać zaczyna staczać się coraz bardziej ku – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – przeznaczeniu. I nic więcej. Autor nie raczy nas żadnymi dodatkami. Ostatni bastion Barta Dawesa jest powieścią całkowicie podporządkowaną jednemu bohaterowi. Świat zewnętrzny został ograniczony do niezbędnego minimum. Postacie poboczne są pozbawione życia. Tekturowe figurki, których głównym zadaniem jest bycie „dopełniaczem” do szaleństwa ogarniającego Barta Dawesa.

Jeszcze jedna uwaga. W trakcie lektury nie sposób nie zadać sobie pytania: jak ja zachowałbym się na miejscu głównego bohatera? Czy siedziałbym bezczynnie i patrzył jak prawo „sprawiedliwości nasranej na papierze” doprowadza do unicestwienia mojego szczęścia? W telewizji bez przerwy słyszymy hasła głoszące wyższą konieczność społeczną czy dobro ogółu. Nie jestem pewien czy umiałbym pogodzić się z utratą wszystkiego co kocham, nawet w imię wyższych ideałów.

Podsumowując, Ostatni bastion Barta Dawesa to dość ciekawa historia człowieka stającego w obronie tego co w jego życiu uchodzi za najcenniejsze. Historia człowieka, który choć przyparty do muru nie składa broni. Wręcz przeciwnie.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-04-18, 09:41   

Łukasz Śmigiel Decathexis

Wypowiadać się o polskich literatach nie jest łatwo. Pisać o polskiej fantastyce jeszcze trudniej. Nigdy wcześniej nie rozmyślałem szczegółowo nad przyczynami takiego a nie innego stanu rzeczy ale przy okazji twórczości Łukasza Śmigla nie mogę inaczej. Krytycy ustami mediów gromią młodych autorów polskiej sceny fantastycznej. Nie od dziś słyszymy, że poziom w naszym kraju fantasy, science fiction czy wielogatunkowej hybrydy jest niski, żeby nie powiedzieć bardzo niski. Od czasu do czasu na horyzoncie miałkości pojawi się kura znosząca złote jajka ale w ogólnym rozrachunku jest źle. Być może dlatego z polskimi autorami zbyt wielkiego kontaktu nie mam. Czasami sięgnę po jakąś książkę, bardziej z musu niż chęci. Kilkanaście pozycji w skali roku to wszystko na co mnie stać. Skutek tego jest takie, że mam teraz problem z rzeczowym podejściem do najnowszej książki Łukasza Śmigla. Bo na jakim tle mam ją oceniać? Patrząc przez pryzmat fantastyki światowej czy polskiej? Jeżeli tej drugiej to czy moja ocena będzie rzetelna? Można długo dyskutować na ten temat. Nie będę więc tracić czasu na bezowocne paplanie i potraktuję sprawę po ludzku: Decathexis jako książka przyjemna w lekturze.

Mam nadzieję, że Łukasza Śmigla nie muszę nikomu przedstawiać. Powinien być wam znany przede wszystkim jako autor Demonów, zbioru opowiadań grozy oraz redaktor czasopisma Lśnienie. Wrocławianin, dziennikarz zajmujący się współczesnymi promocjami książek i pisarzy. Człowiek orkiestra cały czas chcący zaskakiwać czytelników. W 2009 roku nakładem wydawnictwa Grass Hopper ukazała się jego najnowsza powieść, Decathexis.

Decathexis to podróż do przełomu XVIII-XIX wieku. Na realiach panujących mniej więcej w tamtym okresie został budowany Kirkegaard, mroczny świat niepodzielnie rządzony przez Morię, Panię Śmierci. Już pierwszych kilkanaście stron dobitnie uświadamia czytelnika, że jest to świat chory, spaczony przez religię, wiarę dopuszczającą się bestialskich praktyk, z którymi konkurować mogłyby jedynie mordercze rytuały Azteków czy Inków. Ćwiartowanie ciał, mordowanie kalek, pożeranie bliskich to tylko kilka przykładów obyczajowości społeczeństwa wspomnianej krainy. W każdej jednak powieści przygodowej, tym bardziej takiej która wzoruje się na książkach spod znaku płaszcza i szpady, musi istnieć także jasna strona medalu. W Decathexis przeciwwagą dla ponurego klimatu Kiregaardu jest jego władczyni, królowa Geneview. Z pomocą swoich dzielnych „muszkieterów”, Inspektora do spraw Umarłych Jona Pendergasta oraz wyśmienitego szermierza znanego jako Danse Macabre wypowiada ona wojnę makabrycznej religii i jej kapłanom.

Jak już wspomniałem Decathexis to książka przyjemna w lekturze. Akcja jest wciągająca, bohaterowie wyraziści. Jeżeli czytelnik ma ochotę na dawkę literatury rozrywkowej to najnowsza powieść Łukasza Śmigla jest dla niego. Zwłaszcza, że z sympatycznymi postaciami będzie miał prawdopodobnie niedługo spotkać się po raz kolejny. Decathexis nie jest jednak powieścią genialną. Od razu to sobie wyjaśnijmy: książkę czyta się dobrze ale jak każda ma ona słabe strony. Fabuła przeładowana wątkami czy schematyczni bohaterowie to jednak maleńkie wady w porównaniu z pytaniem: o co w tej powieści chodzi? Nie wiem czy pisarz zaskoczył czytelnika ale na pewno zbił z tropu. Mroczna tajemnica zapowiadana na początku książki przegrywa z pojawiającymi się kolejno okropieństwami. Element zaskoczenia zanika, historia staje się przewidywalna i pozostaje ciekawą opowieścią o walce dobrej królowej ze złymi kapłanami. Nic poza tym.

Czy to źle, że Łukaszowi Śmiglowi bliżej do Dumasa niż Doyle’a? I jeden i drugi to porządna firma jeżeli chodzi o literaturę więc według mnie wszystko jest w porządku. Na tle innych polskich autorów Łukasz jest z pewnością pisarzem, któremu warto przyjrzeć się bliżej. Stara się wzorować na najlepszych i jeżeli chodzi o kreowanie powieści przygodowej to myślę, że egzamin zdał na piątkę. Do tego jest młody, ambitny i z głową pełną pomysłów. Decathexis może daleko do kryminału ale przenieść się do czasów muszkieterów było także bardzo miło. Lektura ich przygód nie była czasem straconym.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-04-18, 20:49   

John Ajvide Lindqvist Ludzka przystań

Ludzka przystań to moje pierwsze spotkanie z prozą Johna A. Lindqvista. Do sięgnięcia po ową książkę zachęciły mnie słowa jej wydawcy: „Szwedzki Stephen King wydawany w 25 krajach”. Zwykle nie przywiązuję większej wagi do tego typu haseł, ale ostatnio zaufałem jednemu z nich i bardzo dobrze na tym wyszedłem. Poznałem twórczość innego szwedzkiego pisarza, Stiega Larssona. Oczywiście nie bez znaczenia była także magnetyczna siła imienia i nazwiska jednego z największych twórców horrorów w historii literatury. Nie mogłem oprzeć się pokusie, aby na własnej skórze sprawdzić, ile prawdy jest w tym, co napisało wydawnictwo Amber.

Powieść to przede wszystkim historia wielkiej miłości ojca do córki. Anders, Cecilia i ich sześcioletnia Maja wiodą radosne życie na Domarö, wyspie położonej w archipelagu południowego Roslagen. Wszystko ulega zmianie, gdy pewnego słonecznego dnia Maja znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Spacer do stojącej nieopodal latarni morskiej kończy szczęśliwą idyllę. Mała dziewczynka w czerwonym kombinezonie dosłownie rozpływa się w powietrzu.
Jest to jednak dopiero początek tragicznych wydarzeń. Zrozpaczony ojciec, szukający ukojenia w butelce wypełnionej winem, po blisko dwóch latach wraca na wyspę uporać się ze swoim życiem. Nieświadomie odkrywa mroczną i skrywaną od dziesięcioleci prawdziwą historię Domarö.

Czy Ludzka przystań przypomina książki pisane przez Stephena Kinga? Patrząc na rozbudowane w powieści wątki obyczajowe, mogę z czystym sumieniem odpowiedzieć twierdząco. John A. Lindqvist nie rzuca czytelnika na głęboką wodę, nie zasypuje go momentami podnoszącymi ciśnienie. Atmosferę napięcia buduje stopniowo. Większa część Ludzkiej przystani to ogromne wprowadzenie do przyszłych, kulminacyjnych wydarzeń. Mamy więc czas na dokładne poznanie miejsca wydarzeń, a także głównych bohaterów, których podobnie jak w twórczości pisarza z Maine jest bardzo wielu.

Świat ukazany w książce jest jak najbardziej rzeczywisty. Nie odnosimy wrażenia oderwania od realiów otaczających nas na co dzień. Wszystko dlatego, że autor zmienia rzeczywistość na potrzeby reguł rządzących literaturą grozy stopniowo. Co pewien czas wprowadza wątki, które w mniejszym lub większym stopniu odsłaniają przed czytelnikiem sekrety sprzed lat.

Nie ma powieści doskonałej, a przynajmniej ja takiej nie znalazłem. Główną wadą Ludzkiej przystani jest rozwlekła fabuła. Jeżeli ktoś lubi dynamiczną akcję, książka Johna A. Lindqvista nie jest dla niego. Zasiadając do jej lektury czytelnik musi brać pod uwagę, że będzie miał do czynienia z narracją solidną, rzetelną, ale jednocześnie powolną. Malownicze opisy, drobiazgowe ukazanie społeczeństwa wyspy jako całości, a także zobrazowanie życia co bardziej znaczących mieszkańców Domarö nie dla wszystkich jest najważniejsze. Czyż jednak taka konstrukcja powieści nie przybliża jej autora jeszcze bardziej do stylu Stephena Kinga?

Podsumowując, spotkania z Johnem A. Lindqvistem nie żałuję. Pisarz twórczością nie rzucił na kolana, ale z pewnością zachęcił do sięgnięcia po kolejną książkę swojego autorstwa. Mam nadzieję, że będzie ona jeszcze bardziej kingowska niż Ludzka przystań. Tylko tak dalej, panie Lindqvist!
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-04-25, 14:57   

Bernard Werber Imperium mrówek

Rzeczywistość widziana oczyma mrówki musi wyglądać fascynująco. Wystarczy uzmysłowić sobie ogrom informacji przetwarzanych przez mrówcze zmysły. Ziemia emanująca milionami zapachów, tajemnice czające się za każdym drzewem, niebezpieczeństwa czekające na co bardziej nieostrożne istoty. Teraz wszystkie te wrażenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Bernard Werber w powieści “Imperium mrówek” zabiera czytelnika w podróż do mrówczego świata. Świata istot potężnych, a zarazem tak maleńkich, że często ledwo dostrzegalnych.

Moje pierwsze spotkanie z pisarzem z Tuluzy miało miejsce podczas lektury książki “Tanatonauci”. O ile wspomniana powieść pod względem fabuły w finalnym rozrachunku nie wypadła najkorzystniej, o tyle język wypowiedzi Bernarda Werbera pozostawił bardzo korzystne wrażenia. Na tyle pozytywne, że postanowiłem sięgnąć po “Imperium mrówek”, tj. pierwszą część trylogii “Mrówki”, która dość szybko zyskała uznanie w oczach czytelników nie tylko z Francji. W Polsce możemy cieszyć się twórczością Bernarda Werbera dzięki wydawnictwu Sonia Draga.

Fabuła powieści rozgrywa się we Francji, dokładnie w Paryżu, na i w okolicach ulicy Sybarytów 3. Chciałbym wyraźnie podkreślić wymienione przed chwilą przyimki: „na” i „w”. Mają one duże znaczenie ponieważ akcja książki oscyluje wokół dwóch światów, ludzkiego i mrówczego. Mówiąc „w okolicach ulicy Sybarytów” mam na myśli pobliski las, a właściwie jego najniższą warstwę. To ona będzie areną głównych wydarzeń. Sam dom znajdujący się na ulicy Sybarytów pod numerem 3 pełni funkcję akumulatora pompującego w ludzką część powieści nastrój napięcia oraz wątek tajemnicy. Cytując za wydawcą: „siostrzeniec sławnego etymologa Jonatan Wells dostaje w spadku po wuju kamienicę oraz pisemny zakaz schodzenia do piwnicy. Choć bardzo cieszy się z przeprowadzki, z dnia na dzień coraz bardziej intryguje go zagadkowa prośba zmarłego. Jakie sekrety może kryć zamknięta piwnica?”.

Głównymi bohaterami powieści są mrówki. Wierzę, że każdy miał sposobność choć raz w życiu widzieć mrowisko. Jego istotę najlepiej oddaje słowo użyte przez Bernarda Werbera w tytule książki, „imperium”. Patrząc na poczynania tych najmniejszych ze znanych mi książkowych bohaterów, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oto mam przed sobą obraz bardzo sprawnie funkcjonującego organu państwowego. Z mądrą władczynią na czele, mocno zhierarchizowanym społeczeństwem oraz dobrze wyszkoloną armią.

Jeżeli chodzi o postacie ludzkie to zostały one zepchnięte niejako na boczny tor. Pisarz nie poświęca im tyle uwagi co mrówkom. Podobnie jak w “Tautonautach” dostrzegamy, że świat zewnętrzny otaczający bohaterów (np. Jonatana Wellsa) został ograniczony do minimum, wyposażony jedynie w najprostsze konstrukcje. Czytając o Paryżu, nie odczujemy charakterystycznego dla niego klimatu. Zarówno rzeczywistość postrzegana oczyma ludzi, jak i ta widziana przez mrówki, uzupełniają się, wraz ze zbliżaniem się ku końcowi powieści widać to coraz wyraźniej.

“Imperium mrówek”, choć jest powieścią wciągającą, głównie dzięki niecodziennym bohaterom, nie jest pozbawioną wad. Pierwszą i w ostatecznym podsumowaniu największą jest zbytnie oderwanie fabuły od rzeczywistości. Pomimo że książkę można najczęściej znaleźć na półkach zarezerwowanych dla literatury fantastycznej, to Bernard Werber początkowo robi wszystko, aby była ona jak najbardziej wiarygodna w przekazie. Przez kilka lat pisarz przebywał na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie miał okazję badać życie i zwyczaje mrówek. Dzięki zdobytej tam wiedzy, a także dziennikarskiemu wykształceniu, wydał w 1991 roku książkę o mrówkach łatwą w odbiorze dla przeciętnego zjadacza chleba, powieść o wyraźnych zapędach popularno-naukowych. Takie wrażenie odniosłem po przeczytaniu większości tekstu. Niestety im dalej w las tym gorzej. W pewnym momencie autor traci kontakt z rzeczywistością. Zamiast nadal towarzyszyć czytelnikowi w wędrówce przez bajkową rzeczywistość maleńkich stworzeń, zaczyna spekulować na temat możliwości bezpośredniego zespolenia świata ludzkiego z mrówczym. Wysnuwa teorie, które są trochę za mocno naciągane. Brakuje im logiki. Oczywiście dla jednych może być to wada, dla innych nie. Jeżeli za punkt wyjścia przyjmiemy, że "Imperium mrówek" jest powieścią stricte fantastyczną, to opisany problem praktycznie przestaje istnieć. Wówczas wystarczy popuścić wodze wyobraźni i dać się porwać fikcji naukowej.

Podsumowując, “Imperium mrówek” warto przeczytać. Być może jest to jedyna okazja, aby zgłębić świat mrówek. Ileż razy, spacerując po lesie, zatrzymywaliśmy się i przypatrywaliśmy mrowisku. Czy nie wyobrażaliście sobie, jak funkcjonuje od środka? Dzięki Bernardowi Werberowi mamy możliwość zaspokoić naszą ciekawość.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-04-26, 17:14   

Greg Bear - Dzieci Darwina

„Dzieci Darwina” Grega Beara to z jednej strony dobra kontynuacja „Radia Darwina”, którą można określić mianem: zaangażowana społecznie science fiction, przestrzegająca przed stereotypami, wskazująca, do czego może doprowadzić przedmiotowe traktowanie Innego; ale z drugiej – zbiór tekstów, w których mogą denerwować niedopowiedzenia lub irytować naiwność niektórych puent. Na początek kilka informacji porządkowych: na książkę składają się trzy, o zbliżonej objętości, mikropowieści (lub bardzo rozbudowane opowiadania), których akcja toczy się odpowiednio: dwanaście, piętnaście i osiemnaście lat po wybuchu epidemii SHEVY oraz króciutkiego epilogu, którego tytuł sugeruje, że SHEVA, a wraz z nią ludzie, weszli w kolejne stadium mutacji.

Przede wszystkim, książka jest bardzo science, wcale nie mniej niż jej poprzedniczka. Autor kontynuuje rozważania z „Radia Darwina” na temat wirusów, ze szczególnym uwzględnieniem skutków oddziaływania wirusów na organizmy dzieci SHEVY oraz dodatkowo, wprowadza bardzo rozbudowany wątek „zapachowy”: na bazie dotychczasowej wiedzy o feromonach spekuluje na temat wykorzystania zapachów do świadomej komunikacji oraz manipulowania ludźmi. Gdzie tu fantastyka? – W skali zjawiska. Perswazyjne oddziaływanie zapachu igliwia czy przypraw do piernika unoszącego się w niektórych sklepach przed Bożym Narodzeniem w porównaniu do działań mających miejsce w „Dzieciach Darwina” należy uznać za niewinną igraszkę, za chęć umilenia kupującym pobytu w sklepie. W książce osoba poddana takiej „aromaterapii” w krótkim czasie zostaje nakłoniona do całkowitej zmiany zdania. Tylko słowa i zapach. A odpowiednie substancje zapachowe zostały wydzielone przez organizm dziecka SHEVY ot tak, na żądanie.

A jednak nie na stronę naukową położony jest w książce główny nacisk. Zdecydowanie najbardziej wyeksponowane są wątki społeczne, pierwszoplanowe miejsce zajmuje przedstawienie wzajemnych stosunków pomiędzy „starymi” i „nowymi” ludźmi. Ponieważ od początku oficjalnie uznano, że „nowi” ludzie są mutacją, aberracją, wynaturzeniem, zatem dzieci SHEVY są traktowane jak obywatele drugiej kategorii – praktycznie nie posiadają żadnych praw, izolowane w ośrodkach odosobnienia, rozdzielone z rodzinami, służą za króliki doświadczalne różnym instytutom badawczym. Odmawia im się człowieczeństwa, ponieważ są Inne. Wydawałoby się, że już to kiedyś przerabialiśmy, że niemożliwe jest, aby ludzkość kolejny raz wchodziła w buty przodków, ba – była o krok od powtórzenia na masową skalę pseudomedycznych eksperymentów doktora Mengele. A wszystko to dzieje się w Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym każde dziecko zna na pamięć zdanie z Deklaracji Niepodległości o niezbywalnych prawach jednostki. Kontrast jest uderzający, a implikacje – przerażające. Autor nie jest optymistą – pokazuje (zresztą, sygnalizował to już w „Radiu Darwina”), jak niewiele potrzeba, by sytuacja z poważnej stała się krytyczna, a granice etyczne zostały przekroczone. Parę drobnych, na pozór, manipulacji opinią publiczną w wykonaniu nie dość dociekliwych, konformistycznie nastawionych albo zainteresowanych jedynie wysokością słupka oglądalności dziennikarzy, wykorzystanie ludzkiej niewiedzy, stwarzanie klimatu powszechnego zagrożenia i... wystarczy – mamy uzasadnienie do wprowadzenia stanu wyższej konieczności.

Sceny, dokumentujące nowe stosunki społeczne silnie oddziałują na czytelnicze emocje. Niemałą rolę pełni tu język książki – ani nie poetyczny, ani literacko wysublimowany. Przeciwnie, autor posługuje się raczej suchymi, naukowymi opisami, język powieści jest rzeczowy, ukierunkowany na przekaz treści, a nie uczuć. Paradoksalnie, zastosowanie właśnie takiego języka pozwala autorowi nie tylko „podprogowo” przekazać bardzo wiele informacji charakteryzujących bohaterów, ale również – bez czułostkowości i łzawego nudzenia – wywołać u czytelnika całkiem spore emocje, tak jak dialogiem (str. 202):
– To nazywa się gra. No, dziewczęta, wiecie, czym jest gra.
– Bawimy się – odparła obronnym tonem Stella.
– No oczywiście, że się bawicie. Wszystkie małpy się bawią – powiedziała nauczycielka.

Czy potrzebny jest jeszcze jakiś komentarz?

Stosunkowo najsłabiej ukazane są w „Dzieciach Darwina” wątki polityczne – wprawdzie przedstawione są przesłuchania przed komisją senacką, trwa polityczne poszukiwanie winnych, ale tym wydarzeniom brak jest szerszego kontekstu. Cały polityczny obraz ma bardzo rozmazane, niedookreślone kontury – nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) demokraci zastąpili konserwatystów (a może odwrotnie?), nie wiadomo kiedy miała miejsce kampania wyborcza (a wraz z nią zaostrzenie tonu wypowiedzi medialnych), komisja senacka pojawia się absolutnie znikąd. Autor w zasadzie nie wspomina (a jeśli, to marginalnie) o grupach nacisku społecznego, o zrzeszających się rodzicach, o wysiłkach na rzecz zmiany medialnego wizerunku dzieci SHEVY. Kłóci się to z ugruntowanym przez amerykańskie kino wizerunkiem prężnej społeczności, która samorzutnie, całkowicie z własnej inicjatywy, organizuje się, prowadzi kampanię medialną, występuje w obronie istotnych, często jedynie lokalnie, wartości. Wydawałoby się, że w obronie dzieci społeczeństwo (a przynajmniej niektórzy jego członkowie) wystąpią szczególnie silnie przeciwko rządowi, zorganizują kampanię informacyjną, marsze protestacyjne, akcję pisania listów... tymczasem nic takiego na szeroką skalę w „Dzieciach Darwina” się nie dzieje, a wzmiankowane w powieści tego rodzaju wydarzenia to jedynie incydenty. I w efekcie moment, w którym polityczny wiatr się odwraca, sprawia wrażenie prawdziwego deus ex machina, skutku bez przyczyny, a pozytywne zakończenie niektórych wątków nie wynika bezpośrednio z przebiegu wydarzeń, wydaje się sprokurowane nieco na wyrost, bardziej ku zadowoleniu (usatysfakcjonowaniu?) czytelników.

Zaskakujące jest wprowadzenie do powieści wątku epifanii, jakiej doznaje Kaye Lang, główna bohaterka cyklu. Zaskakujące, nie dlatego, że dotyczy naukowca obracającego się w świecie eksperymentów i programowo sceptycznego wobec uzyskanych wyników – w końcu zawodowy sceptycyzm nie wyklucza prywatnej wiary. Zaskakujące dlatego, że nie zostało do końca wykorzystane – Kaye przeżywa swoje własne, prywatne objawienie. I już. Poza dodatkowymi kłopotami w pracy (ale nie ma w tym nic zaskakującego – wszak Kaye kłopoty w pracy miała już wcześniej) i początkową trudnością z psychiczną akceptacją nowego stanu, upewnieniem samej siebie, że epifania nie jest tożsama z obłędem, ten nowy status bohaterki nie jest w żaden sposób wykorzystany w powieści, nie ma żadnego wpływu na akcję. Może to i lepiej?

Skupienie się autora na wątkach społecznych powoduje, że niektórym czytelnikom, spragnionym czystej science fiction, nowych pomysłów i BIO-spekulacji, „Dzieci Darwina” mogą wydawać się znacząco słabsze od tomu otwierającego dylogię. Osobiście nie jestem aż tak surowa w ocenie, w moich oczach wartość książki podnosi właśnie opis zupełnie nowej sytuacji społecznej i prezentacja reakcji ludzi postawionych wobec tej zmiany – od kurczowego trzymania się raz wygłoszonego poglądu, bez względu na jego słuszność, aż do pełnej pokory akceptacji nowych warunków. I mimo że osobiście brakuje mi pogłębienia niektórych wątków, a inne uważam za zanadto rozbudowane, to uważam „Dzieci Darwina” za pozycję niewiele ustępującą pierwszemu tomowi.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-04-30, 19:51   

Brent Weeks - Na krawędzi cienia

Po traumatycznych przeżyciach wieńczących „Drogę Cienia” Kylar ma tylko jedno pragnienie: wyjechać z Cenarii, rozpocząć nowe życie z Eleną i Uly, zaznać choć trochę osobistego szczęścia. Dla Elene chciałby się zmienić, porzucić „fach” zabójcy, cieszyć się spokojną, rodzinną codziennością. Ale czy potrafi? Czy jest w stanie aż tak się zmienić? Odwrócić się plecami do dotychczasowego życia, już więcej nie wykorzystywać magicznych zdolności, nie reagować na prośby przyjaciół znajdujących się w niebezpieczeństwie, nie bronić słabszych, nie angażować się, nawet gdy zło i przemoc stają niemal u jego drzwi? Kylar musi dokonać wyboru...

Brzmi znajomo? Owszem, bo to znany schemat. Główny bohater jest rozdarty między miłością, a poczuciem obowiązku; między odpowiedzialnością za ukochanych, a powinnością wobec przyjaciela i drugą – być może ważniejszą – powinnością wynikającą z uprzywilejowania: wszak dysponuje on potężną mocą magiczną, której można użyć do pokonania najeźdźcy i ochrony niewinnych. Częścią schematu jest również jasny podział między głównymi adwersarzami: Król-Bóg jest zły, okrutny, bezlitosny, a pokonany Logan – uczciwy, sprawiedliwy, skłonny do poświęceń. Na szczęście nie wszyscy bohaterowie ocierają się o doskonałość: są wśród nich arystokraci, dla których walka z najeźdźcą jest tylko etapem przejściowym w dążeniu do zajęcia opuszczonego tronu oraz pozbawieni dochodów cenaryjscy przestępcy, którzy w okupowanym mieście codziennie walczą o przeżycie. Postaci niejednoznaczne moralnie skutecznie zacierają granice schematu, tym bardziej, że są wiarygodne psychologicznie. Od strony obyczajowej książka się broni, autor całkiem zgrabnie sobie radzi z akcentowaniem różnic między męskim i kobiecym punktem widzenia (oczywiście, takiej oceny dokonuję z kobiecej perspektywy). No i jest premia: sposób, w jaki Brent Weeks wykreował Vi Sovari i pokierował jej losem, sprawił, że śmiało można uznać ją za klasyczną bohaterkę tragiczną.

Wątki osobiste splecione są z politycznymi i pod tym względem panorama świata jest znacząco poszerzona w stosunku do pierwszego tomu. Na politycznej scenie pojawiają się nowi gracze, i mam tu na myśli zarówno wodzów koczowniczych plemion, toczących walkę z Królem-Bogiem, jak i przedstawicielki tajemniczego Oratorium, które również zainteresowane są poszukiwaniem potężnych magicznych artefaktów. Zatem, jeśli uwzględnić dotychczasowych, znanych z pierwszej części przygód Kylara bohaterów, ilość postaci i wątków mocno się zwiększa, tak samo jak stopień powiązań między nimi. Muszę przyznać, że autor stara się nad nimi zapanować, powoli (może nawet nazbyt powoli) wypełniając luki w obrazie powieściowego świata. Wydaje mi się, że akurat w tej kwestii Brent Weeks wykazał się nadmierną powściągliwością – o ile główny wątek jest dobrze poprowadzony i zawiera wszystkie wyjaśnienia, niezbędne do zrozumienia motywów działania bohaterów, o tyle wątki poboczne wymagają znacznie więcej uwagi: ich lektura przypomina mozolne składanie w całość urywków zniszczonego manuskryptu, a brak pewnych informacji historycznych czy politycznych może stwarzać wrażenie, że niektóre rozwiązania zostały wymyślone ad hoc na potrzeby konkretnej sceny.

W recenzji pierwszego tomu cyklu chwaliłam autora za brak tendencji do ratowania za wszelką cenę niektórych bohaterów. Po lekturze tomu drugiego muszę – niestety – wstrzymać się z pochwałami, okazać znacznie większą rezerwę – już rozumiem, z czego ten brak wynika. Mianowicie: artefakty magiczne, o które toczy się powieściowa gra, mają ogromną moc – niektóre z nich obdarzają posiadacza nieśmiertelnością, przy czym autor wyraźnie zastrzega, że „nieśmiertelny” nie oznacza „niezwyciężony”. I faktycznie, Kylar parokrotnie przegrywa i nie raz – ostatecznie. Ale ponieważ jest nieśmiertelny, zatem... regeneruje się i powraca. Może niezupełnie w to samo miejsce i w ten sam czas, ale wraca i może podjąć kolejną próbę. Trochę tak, jak w grach – tych, które oferują do dyspozycji kilka żywotów. Nie zamierzam podważać tu prawideł, według których działa magia świata Nocnego Anioła, ale czuję się w obowiązku zwrócić uwagę na pewien kłopot. Uważam, dzięki temu zabiegowi Brent Weeks sam pozbawił swoją książkę bardzo ważnego elementu kontaktu z czytelnikiem: wyeliminował z niej obawę o losy bohatera. Istnieje niebezpieczeństwo, że po pierwszym „zmartwychwstaniu” Kylara czytelnik przestanie się angażować, bo jakkolwiek bohater by nie postąpił, to i tak co najwyżej umrze na dzień czy dwa, a następnie zostanie przywrócony do życia i może ponownie włączyć się do rozgrywki. Niestety, ten zabieg nie dotyczy jedynie jednej postaci – w końcówce powieści okazuje się, że nie wszyscy dotychczas uznawani za zmarłych w rzeczywistości nie żyją. Na ile opisany mechanizm będzie przeszkadzał w odbiorze książki innym czytelnikom – nie jestem w stanie określić. Mnie przeszkadzał.

Reasumując, drugi tom trylogii "Nocnego Anioła" oferuje z jednej strony szybką akcję, wiarygodne pod względem psychologicznym postaci, mocno skomplikowaną intrygę, poszerzony obraz świata i nowe informacje o naturze obowiązującej w nim magii, a z drugiej – rozwiązania fabularne rodem z gier, które zastępują cudowne ocalenie bohatera w ostatnim momencie. Przyznam, że nie widzę między tymi schematami specjalnej różnicy jakościowej, no chyba że w kontynuacji autor oznajmi, że istnieją jakieś ograniczenia w dopuszczalnej ilości „zmartwychwstań” (dotychczas zaprezentowane reguły o niczym takim nie wspominają), co – być może – przywróci niektórym czytelnikom możliwość przejmowania się losem bohatera (bohaterów). A jeśli redaktor i korektor popracują intensywniej nad tekstem, to lektura wieńczącego cykl tomu może okazać się znacznie przyjemniejsza.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-05-24, 07:37   

Stephen King Pod kopułą

Na każdą kolejną książkę Stephena Kinga czekają tłumy wielbicieli. Od czasu narodzin plotki o powstawaniu nowej powieści pisarza z Maine do momentu amerykańskiej premiery tejże powieści wśród wiernych fanów autora, z godziny na godzinę, narasta pożądanie. Czytelnicy wielu krajów z niecierpliwością wyczekują chociażby przybliżonej daty pojawiania się książki na półkach. Na „Pod kopułą” przyszło Polakom czekać pięć miesięcy.

„Pod kopułą” to opowieść o ludziach, których świat widziany za oknem dosłownie w ułamku sekundy przestał istnieć. Historia niewielkiej społeczności zmuszonej pewnego słonecznego dnia do porzucenia dotychczasowego życia i odnalezienia się w nowej rzeczywistości. A wszystko z powodu tajemniczego pola siłowego dokładnie odcinającego ich kochane miasteczko od reszty Stanów Zjednoczonych. Kopuły sprawiającej, że dotychczas spokojni mieszkańcy Chester’s Mill zmuszeni są podjąć okrutną walkę o przetrwanie.

Biorąc do ręki najnowszą powieść Stephena Kinga nie podejrzewałem autora o drastyczną zmianę formy wypowiedzi. Postąpiłem słusznie, pod względem stylistycznym nic się nie zmieniło. „Pod kopułą” to przede wszystkim świetna historia obyczajowa. Miejscem, w którym rozgrywa się akcja, jest wspomniane wcześniej Chester’s Mill. Zgodnie z odwiecznymi kingowskimi prawami jest to miasteczko z charakterystycznym dla tego typu amerykańskich miast społeczeństwem i klimatem. Oczywiście poznajemy je od podszewki. Drobiazgowe przedstawienie szeregu postaci oraz szczegółowy opis świata zewnętrznego to plusy książki, wyróżniające prozę Stephena Kinga na tle innych autorów piszących literaturę grozy. To właśnie dzięki detalom jesteśmy w stanie silniej zespolić się z fabułą i bohaterami. Osoby, które z prozą Stephena Kinga nie miały wcześniej styczności lojalnie jednak uprzedzam: język „Pod kopułą” może troszeczkę nudzić. Wszystko zależy od oczekiwań odbiorcy. Jeżeli interesuje nas szybka, dynamiczna fabuła, to powieścią Stephena Kinga możemy czuć się zawiedzeni. Daleko jej bowiem do książek przygodowych z wyrazistymi postaciami czy nagłymi zwrotami akcji. Powtórzę: „Pod kopułą” to powieść obyczajowa z elementami horroru w tle. Historia wciągająca, ale jednocześnie momentami za bardzo rozwlekła.

Wspomniałem o horrorze. Sięgając po „Pod kopułą” czytelnik musi mieć świadomość, że nie będzie miał do czynienia z klasyczną powieścią grozy. Nie zostanie zaatakowany przez demona, wampira czy szaleńca wieszającego martwe ciała ofiar na hakach. Klimat powieści oparty jest na zagadce związanej z pojawieniem się kopuły oraz jej wpływie na mieszkańców Chester’s Mill. A dokładnie na starej prawdzie, że w czasie niebezpieczeństwa każdy troszczy się o siebie. Jeżeli dodać do tego kolejne stwierdzenie: silniejsi wykorzystują słabszych, powstanie mieszanka wybuchowa.

Oczywiście motyw wykorzystywania jednostek słabszych przez silniejsze nie jest obcy Stephenowi Kingowi. Można go dostrzec w takich pozycjach jak „Serca Atlantydów” czy „Uciekinier”. Obraz upadku humanitarnych norm postępowania występuje chociażby w „Wielkim marszu”. Jednakże w „kopule” przeraża nie tylko samo zjawisko, ale i jego skala. Czytając Pod kopułą nie sposób nie wspomnieć słów Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los” czy takich powieści jak „Władcy much” i „Miasto ślepców”.

Podsumowując, pomimo braku oryginalności najnowsze dzieło Stephena Kinga jest powieścią wciągającą. Opisywanych przez autora sytuacji nie sposób nie analizować pod kątem tego, co dzieje się za oknem. Morderstwa popełniane każdego dnia, niesprawiedliwe procesy, skandale polityczne to wszystko nie jest wymysłem pisarza. To coś na wyciągniecie ręki, coś jak najbardziej namacalne. A kopuła? Być może gdzieś jest, czeka na odpowiedni moment, by pewnego dnia ukazać ludziom prawdę o nich samych.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-05-27, 22:05   

Joanna Skalska - Eremanta

Są takie książki, które uznajemy za znakomite, książki promieniujące urokiem niedopowiedzeń, bogactwem nawiązań, idealnie dopasowane do naszego nastroju w chwili lektury, czarujące kreacją bohaterów czy opowiadaną historią, książki zmuszające do refleksji, w jakiś sposób ważne dla czytelnika. Taka właśnie dla mnie jest „Eremanta” Joanny Skalskiej – niby banalna historia Magdy, opiekującej się domem profesorostwa Sławińskich w Londynie podczas ich długiej, wakacyjnej nieobecności. Banalna – bo cóż, na pierwszy rzut oka, może być porywającego w opowiadaniu o wycieraniu kurzu czy strzyżeniu trawnika? Niby banalna – bo na szczęście Magda ma pasję, jest zauroczona odkrywaniem świata ukrytego w tłumaczonej przez siebie hiszpańskiej powieści. I nie ma nic przeciwko zabraniu tam czytelnika.

„Eremanta” jest książką o drobiazgach. I o wyciszeniu, chwilowym wycofaniu się ze świata, o czynieniu porządków w życiu. I – wreszcie – o realizacji marzeń. Magda właśnie takiego wyciszenia potrzebuje po wstrząsach zawodowych i osobistych. Pusty, położony na londyńskim przedmieściu, dom Sławińskich stanowi wymarzony azyl. Magda nareszcie ma czas dla siebie. I dla mieszkańców Eremanty – tajemniczej wioski, w której od lat panuje milczenie. Fabuła książki Joanny Skalskiej to splot dwóch głównych wątków: dziejów mieszkańców Eremanty i historii codziennej pracy Magdy nad tłumaczeniem powieści. W drugim wątku czytelnik może odnaleźć również dotychczasową historię bohaterki, jej rozterki, opis nie bardzo udanej próby asymilacji w środowisku polskich emigrantów, a także fragment historii rodzinnej nieobecnej pani domu.

Książka Joanny Skalskiej to zbiór nastrojowych opowieści, najróżniejszych historii, snutych bardzo plastycznie i sugestywnie. Czytelnik nie ma najmniejszego problemu z wyobrażeniem sobie scenograficznych realiów kolejnych opowieści, tym bardziej, że postaci bohaterów wykreowane są bardzo wiarygodnie, pasują do świata, w którym żyją – do tego stopnia, że aż się chce rozpocząć poszukiwania pierwowzorów, dopasować wydarzenia do udokumentowanych historycznie faktów czy istniejących lokacji, poszukiwać śladów inspiracji innymi lekturami. W tym względzie autorka nie wprowadza ograniczeń, przeciwnie – jedynie zarysowuje możliwe ścieżki interpretacyjne, a od czytelnika zależy, którą z nich podąży: czy skojarzy tytuł książki z pustelnią, czy poszuka odniesień w twórczości autorów iberoamerykańskich, czy też znajdzie własne nawiązania. Ale jakkolwiek by nie wybrał, tak samo może cieszyć się lekturą opowieści o ludziach, zarówno kolejnych pokoleniach mieszkańców egzotycznej wioski, jak i migawkami z życia najnowszej fali polskiej emigracji.

„Eremanta” napisana jest dopracowanym, wysmakowanym językiem. Bo słowa są ważne. Nawet pojedyncze. I autorka o tym wie: w książce przekonująco odmalowuje wysiłki Magdy zmierzające do jak najwierniejszego oddania zamysłów autora przekładanej książki, nie tylko jeśli chodzi o literę, ale również o ducha tekstu; czasem długotrwałe próby znalezienia najwłaściwszego w danej sytuacji słowa – słowa, które u czytelnika wywoła pożądane skojarzenia, przywoła określone obrazy. Praca pochłania bohaterkę tak bardzo, że Eremanta niemal obsesyjnie wypełnia jej myśli, wkracza w sny. Dwa światy zaczynają się przenikać: świat Magdy w pustym domu, w nieznanym mieście, wśród obcych ludzi i świat odizolowanej, spalonej południowym słońcem wioski. Im bardziej Magda stara się odsłonić tajemnice mieszkańców i oddać w tłumaczeniu niuanse powieści, tym szerzej otwiera drzwi do własnej, prywatnej Eremanty.

Otwiera – i odkrywa, że tak naprawdę nie różni się niczym od mieszkańców wioski: tak samo cierpi z powodu niezrozumienia, tak samo wspomina i analizuje najdrobniejsze szczegóły, próbując zrozumieć i pogodzić się z przeszłością, tak samo przeżywa urazy i niesprawiedliwości. Mimo że – w przeciwieństwie do Eremantczyków – nie obowiązuje jej nakaz milczenia, Magda czuje się wyalienowana i samotna, ma poczucie zmarnowanego życia, traci grunt pod nogami, gdy w pracy dowiaduje się, że – bez względu na starania – nie ma szans na awans. Zupełnie, jak Pedro, który po latach słyszy: „nigdy nie smakowało mi twoje wino”1). Magda, skazana na błahe rozmowy o niczym, powierzchowne uwagi, w rzeczywistości jest sama wśród ludzi. I czeka na jedno słowo, jeden telefon, jeden gest.

Tak naprawdę nieważne, w jakim konkretnie kraju leży Eremanta. To miejsce istnieje gdzieś wewnątrz każdego z nas. To nasz własny, prywatny świat, czasem ostatnie schronienie, a czasem siedziba koszmarów. Miejsce pełne niewypowiedzianych marzeń, ulotnych obrazów, wspomnień o tych, którzy odegrali ważną rolę w naszym życiu. Miejsce, które nieustannie ewoluuje, zmienia się pod wpływem czasu, pamięci i wyobraźni: niektóre wspomnienia blakną i zacierają się, a niektóre urazy rosną do monstrualnych rozmiarów. I z tego właśnie miejsca – gdy bierze górę bardziej wojownicza część naszej natury – wyruszamy na wojenne krucjaty: wygłaszamy mniej lub bardziej uzasadnione opinie, wchodzimy w zwarcia na internetowych forach, podejmujemy na pozór irracjonalne czy impulsywne decyzje. Jak mężczyźni z Eremanty, wyruszający na wojnę.

Zatem, jeśli ktoś ma ochotę na lekturę refleksyjną, o spokojnej, wręcz leniwie toczącej się narracji, napisaną pięknym językiem, polecam „Eremantę” Joanny Skalskiej – powieść o podróży w głąb siebie, odbytej dzięki lekturze o życiu innych ludzi. Powieść, w której drobiazgi i niuanse są ważne. Warto.

1) Joanna Skalska – „Eremanta”, Powergraph, Warszawa 2010, wydanie I, s. 251
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-05-31, 21:09   

Maciej Parowski - Burza

Koniec kwietnia 1940 roku. Na międzynarodową konferencję: „Wojskowe i cywilne aspekty europejskiego zwycięstwa” zjeżdżają do Warszawy wszyscy wielcy tamtej epoki: politycy, wojskowi, artyści. Bo Polska wygrała wojnę – sama natura stanęła po naszej stronie, zalewając wrześniowe drogi potokami deszczu. W błocie utknęło niemieckie natarcie, polskie wojska z obrony przeszły do ataku, alianci zdecydowali się przyłączyć, Stalin 17 września nie wkroczył na Kresy. Znowu uratowaliśmy Europę, mamy co świętować i robimy to z odpowiednim rozmachem. I od razu muszę zwrócić uwagę na coś, co bardzo podobało mi się w powieści: Polska skutecznie pracuje nad własnym PR, umie się reklamować zagranicą, wykorzystuje wszelkie metody, w tym drobny dyplomatyczny szantażyk, aby zasługi jej obywateli były powszechnie uznawane. Jesteśmy krajem ludzi wygranych i nie wstydzimy się o tym mówić.

W Warszawie zbiera się cała ówczesna elita – Hitchcock robi Montgomery’emu kawały, krytykuje Chaplina i dyskutuje z Leonem Chwistkiem o teorii wielości rzeczywistości, Erenburg spiera się z Koestlerem, Boy-Żeleński wymienia uścisk dłoni z Camusem, Marlena Dietrich gra w filmie Lejtesa i rozdaje na prawo i lewo uśmiechy, de Gaulle, Sikorski, Sosnkowski i Stauffenberg wspominają wojenne dokonania, Witkacy portretuje Gombrowicza, Orwell ma pomysł na książkę... co nazwisko, to znakomitość. I tu czas na ostrzeżenie czytelnika – „Burza” jest pełna aluzji, tak pełna, że aż kipi. Prawie każda wypowiedź jest nawiązaniem, kojarzy się albo w wydarzeniem historycznym, albo z dorobkiem kultury. W zasadzie można powiedzieć, że każde nazwisko jest aluzją. Dyskusje konferencyjne przeciągają się długo w noc, kontynuowane w „Ziemiańskiej”, „Adrii” lub w mieszkaniach prywatnych w oparach alkoholu i dymu nie tylko tytoniowego. Dyskutanci omawiają wydarzenia wojenne, porównują swoje doświadczenia, przerzucają się tytułami, ripostują celnie i błyskotliwie. Ta intertekstualność książki jest w moich oczach wielką zaletą, zapewnia czytelnikowi doskonałą zabawę przy tropieniu aluzji i nawiązań. Stanowi też okazję do wychwytywania najróżniejszych smaczków czy gier autora, takich jak choćby żart Sosabowskiego – dowcip ad hoc sprokurowany – który zapewnia funkcjonowanie w kulturze alternatywnej rzeczywistości pojęcia „paragrafu 22”.

Lektura „Burzy” zachęca do spekulacji „co by było, gdyby...”. Bo przecież gdyby wrzesień był deszczowy, gdyby faktycznie udało się to wykorzystać militarnie, gdyby alianci w Abbeville zdecydowali inaczej, gdyby... Bardzo przyjemnie jest tak sobie „gdybać”, zanurzyć się na moment w świecie, którego nie ma, powyobrażać sobie sentymentalnie, z rozrzewnieniem dywagować, jak mogłoby być: zasługi Polaków w rozszyfrowaniu Enigmy byłyby bezspornie uznane, Zośka i jego koledzy normalnie studiowaliby, Czerwiec’56, Marzec’68, Grudzień’70 nigdy by się nie wydarzył, nie bylibyśmy skazani na ciągłe doganianie świata – przeciwnie, to inni uczyliby się od nas, tak jak Hitchcock od Lejtesa i Chwistka. Ach, jak pięknie mogłoby być...

Na szczęście autor zawczasu przekłuwa ten puchnący balonik pychy, sygnalizując drugą stronę medalu. Bo przecież nijak nie da się zapomnieć o tym, że tak radykalna zmiana historii musi wywołać daleko idące zmiany w przyszłości. Wajda nie nakręci „Kanału”, Heller nie napisze „Paragrafu 22”, Orwell zmieni zakończenie „Folwarku zwierzęcego”, a Wojtyła być może poświęci się teatrowi. Postać Antka Powstańca bezlitośnie sprowadza czytelnika na ziemię – Antek widzi inną rzeczywistość, jest jak „Montezuma wypatrujący swojego Corteza” 1), żyje nie w książkowej, a w naszej wersji historii. Wokół niego intelektualiści toczą swoje dyskusje, trwają sympozja naukowe, tymczasem on walczy z Niemcami w okupowanej Warszawie. Istnieje tylko dlatego, że znalazł swojego wroga. A może – tak jak Witkacy, który przez moment widzi ten sam świat – zdecydował, że „(...) dla Polaków lepiej by było, gdyby historia postawiła ich twarzą w twarz z trudniejszym czasem i większym diabelstwem. Nasza wieczna niedojrzałość aż prosi się o gorzkie lekarstwo.” 2)? A pozostali twórcy – bohaterowie „Burzy”? Czy ukształtowani przez inną historię będą w stanie przebić się, zaistnieć w ogólnej świadomości? Przykład z migracją pojęcia „paragrafu 22” z jednej rzeczywistości do innej daje nadzieję. Odbiorcom kultury. Bo filozofom – już niekoniecznie.

Mam wrażenie, że autor „Burzy” dał w swojej książce pierwszeństwo intertekstualności, zamierzył odtworzyć klimat tamtej Warszawy – miasta, jakiego nikt już nigdy nie zobaczy, pokazać wszystkim, co straciliśmy, czego zostaliśmy pozbawieni. I to udało się świetnie – nie ma co ukrywać, tę część książki oceniam najwyżej. Zaś wątek gry wywiadów... cóż, skonstruowany poprawnie i równie poprawnie zakończony, toczy się w tle, wypada nieco blado, przytłoczony magicznym kolorytem miasta. Być może dlatego, że żaden z asów naszej dwójki do roli narratora się nie kwapi i do wyjaśnień nie wyrywa – do czytelnika trafiają jedynie odpryski. Owszem, trochę to denerwujące – być skazanym jedynie na część informacji, szczególnie, że spekulacje na temat roli spirytyzmu w polskim zwycięstwie wydają się być potencjalnie bardzo obiecujące. Żal z niewykorzystania tego potencjału tylko trochę łagodzą wyjaśnienia Gombrowicza, który – jak zwykle – namieszał...

Gwoli recenzenckiej rzetelności należy wspomnieć, że znaczna część narracji prowadzona jest w czasie teraźniejszym; czas przeszły znajduje zastosowanie jedynie we wspomnieniach i relacjach. Ze względu na niepowszechność takiego zabiegu, w pierwszym momencie może to być nieco dezorientujące i wymagać przyzwyczajenia, oswojenia się z takim sposobem prowadzenia opowieści. Książka nie ma głównego bohatera, którego oczami można by spojrzeć na wydarzenia. Narratorów jest wielu – i muszę stwierdzić, że nie wpływa to negatywnie na odbiór tekstu. Jeśli zatem czytelnik nad wartką akcję i jej spektakularne zwroty przedkłada uczestnictwo w błyskotliwych dyskusjach, śledzenie nawiązań, nie ma nic przeciwko licznym aluzjom, to bardzo starannie wydana i ozdobiona rysunkami Krzysztofa Gawronkiewicza „Burza” Macieja Parowskiego jest książką dla niego.

2) Maciej Parowski – „Burza”, NCK, Warszawa 2009, wyd. I, s. 503
3) Ibid., s. 72
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-06-08, 19:00   

Terry Goodkind Reguła dziewiątek

Na temat prozy autora Reguły dziewiątek słyszałem wiele opinii. Dla jednych Terry Goodkind jest przykładem pisarza doskonałego, który za sprawą kilku prostych słów potrafi ukazać czytelnikowi cudowny świat magii, dla innych to twórca raczej klasy przeciętnej. Skąd takie rozbieżności? Kiedy w 1994 roku ukazało się Pierwsze prawo magii fani fantasy oszaleli. W ciągu kilku lat cykl Miecz prawdy doczekał się nie tylko wielu zagorzałych wielbicieli, ale także serialowej adaptacji (Legend of the Seeker). I choć przygody Richarda Rahla podbiły serca wielu odbiorców fantastyki to znalazły się i osoby określające prozę Terry’ego Goodkinda mianem literackiej „tandety”. Dynamiczna akcja, wciągająca fabuła do pary z schematycznymi bohaterami i bardzo prostym językiem narracji.

Przyznam szczerze, że Reguła dziewiątek jest moim pierwszym spotkaniem ze wspomnianym autorem. Do sięgnięcia po powieść skłoniła mnie przede wszystkim nietypowa jak na powieść fantasy okładka. Wiem, że dla niektórych powód ten może wydawać się co najmniej dziwaczny, ale ostatnio mam tak mało do czynienia ze światami przesiąkniętymi magią, że po prostu nie mogłem przejść obojętnie wobec powieści fantasy tak nie standardowo zaprezentowanej. Wielkie brawa dla wydawnictwa Amber, w szczególności dla Zbigniewa Mielnika. Projekt okładki, szata graficzna, wydanie książki, wszystko wygląda profesjonalnie i przykuwa uwagę czytelnika.

O czym jest książka? Pewnego pięknego dnia skromny artysta Alex Rahl ratuje życie nieziemsko pięknej kobiecie. Od tamtej chwili rzeczywistość, którą zna zostaje wywrócona do góry nogami. Dowiaduje się, że musi wypełnić legendarne proroctwo, ocalić świat, pokonać faceta z maniakalnym pragnieniem zdobycia niczym nie ograniczonej władzy. Chleb powszedni dla każdego, szanującego się bohatera fantasty. A w tle? Gorąca, zmysłowa miłość Alexa Rahla i olśniewającej Jax. Romans pod znaku fantasy? Nie. „Najnowsza powieść Terry’ego Goodkinda, łącząca elementy świata rzeczywistego z magią znaną z serii Miecz prawdy".

Co można powiedzieć o Regule dziewiątek? Cóż, zawsze uważałem fantasy za niezwykle podatne na krytykę. Jeżeli przyjrzymy się uważnie zaobserwujemy, że postacie z reguły wyglądają niemalże identycznie, a światy kreowane na potrzeby narracji także rządzą się podobnymi prawami. Mało razy sam gromiłem autorów, że idą na łatwiznę? Piszących powieść za powieścią, byle szybciej, byle więcej. Od czasu do czasu w tłumie czytadeł trafi się złote ziarno, ale to rzadki przypadek. Dlaczego Reguła dziewiątek nie oberwała? W zasadzie to nie wiem, spełnia wszystkie kryteria powieści typowo rozrywkowej. Bohaterowie przeciętni, relacje pomiędzy nimi sztuczne. Dialogi wymuszone, niewiele wnoszące do książki. Zatem dlaczego? Otóż zawsze miałem słabość do historii magicznych osadzonych w świecie rzeczywistym. Zderzenie przeciętnego dwudziestosiedmioletniego mężczyzny z rzeczywistością wykraczającą poza naukowe rozumowanie w naturalny sposób pobudziło moją ciekawość. Żałuję tylko jednego. Według mnie autor Reguły dziewiątek położył decydowanie za duży nacisk na pościgi, pojedynki, strzelaniny i inne dynamiczne zwroty akcji, a za mało uwagi poświęcił szczegółom. Innymi słowy, wydarzenia opisane w powieści toczą się w dwóch budynkach, samochodzie i lesie. Szkoda. Przymknąłem oczy na pewne niedociągnięcia, zacisnąłem zęby i voila! Powieść okazała się interesująca, wciągająca i zachęcająca do zapoznania się z jej kontynuacją.

Podsumowując, proza Terry’ego Goodkinda wciąga. Bardzo dynamiczna akcja to na pewno plus powieści, spod uroku której ciężko się wyrwać. Jeżeli podejdziemy do książki bez uprzedzeń, bez odgórnego założenia „zjechania” jej za brak oryginalności czy mało zaskakujący finał to z pewnością spędzimy mile czas.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2010-06-16, 21:57   

Imogen Robertson Narzędzia piekła

Dobra książka to taka, po którą sięgasz wielokrotnie. Do której wracasz pomimo upływu lat i za każdym razem bawisz się wyśmienicie. Świat prezentowany przez autora nadal cię urzeka, bohaterowie pociągają, akcja wciąga. Taką książką dla mnie są „Wichrowe wzgórza”, a równać się z nią może jedynie jej filmowa adaptacja i Ralph Fiennes w roli Heathcliffa. Kiedy usłyszałem, że „Narzędzia piekła” to rewelacyjny debiut z tajemnicą rodem z powieści Emily Jane Brontë musiałem je przeczytać.

Akcja powieści rozgrywa się w Anglii pod koniec XVIII wieku. Sprawiedliwie trzeba przyznać, że autorka bardzo profesjonalnie podeszła do zagadnienia i nie popadając w przesadę umiejętnie zaprezentowała klimat tamtych czasów. Czytelnik, patrząc na świat oczyma bohaterów, przede wszystkim nie będzie czuł się wyobcowany, zawieszony w próżni. Atmosfera charakterystyczna dla tamtejszych salonów, londyńskich kawiarni czy wytwornych wiejskich posiadłości nie tylko urzeka, ale i sprawia, że rzeczywistość staje się bliższa odbiorcy. Niemalże na wyciągnięcie ręki.

Bohaterami historii opowiedzianej przez Imogen Robertson są Harriet Westerman oraz Gabriel Crowther. Ona wpływowa i dość niesforna właścicielka ziemska, on – ekscentryczny uczony-patolog. Razem tworzą intrygujący duet. Są osiemnastowiecznymi detektywami, których odmienne podejście do życia okazuje się nad wyraz pomocne podczas rozwiązywania tajemnicy sprzed lat. Trzeba jednak zauważyć, że o ile autorce udało się w przekonujący sposób opisać Anglię XVIII wieku, o tyle kreacja postaci nastarczyła już pewnych kłopotów. Trudno nie wyczuć marionetkowości postaci, sztuczności dialogów, czy podobieństw głównych bohaterów do innych literackich detektywów. W gruncie rzeczy to te same postacie z kryminałów, które wałęsają się po współczesnych miastach. Z drugiej strony ktoś mógłby zapytać: czego się spodziewaliście? „Narzędzia piekła” to thriller historyczny z zagadką w tle. Kryminał osadzony w realiach osiemnastowiecznych, ale ciągle kryminał. Z wyrazistymi bohaterami, jednoznacznie postawionymi po jasnej bądź ciemnej stronie.

„Narzędzie piekła” choć tak dobrze ocenione przez brytyjskich krytyków nie wywołały u mnie głębszych doznań. Na szczęście poświęcając czas Imogen Robertson nie oczekiwałem niezapomnianych przeżyć, ale miłej i przyjemnej lektury na kilka godzin. I nie zawiodłem się. Historia wciąga, sprawia, że z sympatycznym bohaterom ciężko powiedzieć „do widzenia, do jutra”. Jak już jednak wspomniałem powieść zawdzięcza powodzenie nie kreacji postaci, ale tajemniczej historii osadzonej w intrygującej rzeczywistości. Wielowarstwowa intryga, nastrój rodem z „Wichrowych wzgórz”, sensacyjny thriller, to są główne przyczyny sukcesu powieści. I dla nich warto poświęcić wolne chwile. Kubek gorącego kakao, wygodny fotel, płomienie świecy tańczące na ścianach. „Narzędzia piekła” to odpowiednia książka na dzisiejszą pogodę za oknem.

Podsumowując, Imogen Robertson jako debiutantka zaprezentowała się godnie. Scharakteryzowała Anglię XVIII wieku niezwykle sugestywnie. Jej opisy nie mają posmaku encyklopedycznych notek, lecz tchną prawdziwym życiem. Umiejętne odzwierciedlenie atmosfery otaczającej bohaterów to niezwykle ważny element powieści, zwłaszcza jeżeli mamy do czynienia z fabułą osadzoną w tak nastrojowych realiach. Na utykających miejscami bohaterów nie zwracałabym większej uwagi. Wartka akcja zrekompensuje wszelkie, drobne potknięcia autorki.
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-07-04, 09:49   

Sjöwall, Maj; Wahlöö, Per - Śmiejący się policjant

Przez krainę literatury często wędruję pod prąd, wbrew chronologii, powodowana najdziwniejszymi skojarzeniami, nierzadko kierując się impulsem, lepszym lub gorszym wyczuciem. A czasem los podejmuje decyzję za mnie. I tak było w tym przypadku: całkowicie niespodziewanie kilka miesięcy po lekturze trylogii „Millenium” Stiega Larssona trafiła w moje ręce książka szwedzkiej pary autorów: Maj Sjöwall i Pera Wahlöö pt.: „Śmiejący się policjant”, kryminał ponad 40-letni i – jak dowiedziałam się z noty wydawcy – będący jednym ze środkowych tomów serii o przygodach policjanta Becka, czyli znienacka wpadłam w sam środek cyklu opowieści, od których zaczęła się historia współczesnego kryminału skandynawskiego.

Od razu zastrzegam, nie stanowi to żadnej przeszkody w delektowaniu się w pełni autonomiczną historią kryminalną, o której szerzej za chwilę. Natomiast miałam obawy, że – jako czytelnikowi nieznającemu poprzednich części serii – może mi brakować przedstawienia postaci śledczych, że na kartach książki zostaną potraktowani jak starzy znajomi, rozumiejący się w pół słowa, używający hermetycznych zwrotów, których znaczenie z poprzednich tomów serii jedynie wyłowić można. Jednym słowem, martwiłam się, że rozpoczynając lekturę niezgodnie z chronologią cyklu, skazana będę na obserwację z pozycji outsidera, który połowy nawiązań nie ma szans wyłapać i ciągle ma wrażenie, że coś istotnego go omija. Na szczęście, moje obawy były płonne – ani przez chwilę, jako czytelnik, nie czułam się wykluczona. Odpowiednie wyjaśnienia znajdowałam w tekście w stosownych momentach, choć nie nazwałabym ich obszernymi czy rozbudowanymi.

Wydaje się, że taki właśnie, powściągliwy, oszczędny, niemal ascetyczny język, to podstawowy wyróżnik stylu wypowiedzi autorów serii o komisarzu Becku. Zastanawiam się, na ile język opowieści jest charakterystyczny dla czasów powstania książki, a na ile stanowi znak firmowy autorów. Proza duetu Sjöwall-Wahlöö jest bardzo esencjonalna i od czytelnika tylko zależy, na jakie szczegóły – poza głównym wątkiem kryminalnym – zwróci uwagę.

A jest tych szczegółów całkiem sporo. Autorzy, jakby mimochodem, malują społeczny obraz Szwecji późnych lat 60., obraz – i to należy zastrzec – nieco przejaskrawiony i zabarwiony ideologicznie. Na szczęście nigdzie lewicowe przekonania pisarskiej pary nie wysuwają się na pierwszy plan i nie dominują nad głównym wątkiem, ale krytyka ówczesnej sytuacji politycznej jest wyraźna. Widać to już od pierwszych stron powieści, poświęconych opisowi działań policji ochraniającej ambasadę amerykańską przed demonstrującymi przeciwnikami wojny w Wietnamie. Wydźwięk tekstu jest absolutnie jednoznaczny – opresyjny rząd używa instrumentalnie sił policyjnych przeciwko artykułującym swoje poglądy obywatelom. Autorzy nie ograniczają się do antyrządowych przytyków i z równą ironią piętnują inne przywary swoich rodaków: konsumpcjonizm, nieufność i niechęć wobec obcych, zamknięcie na sprawy drugiego człowieka, ba – nawet brak dobrych manier.

Wreszcie czas na to, co najważniejsze: wątek kryminalny. Akcja książki rozpoczyna się w Sztokholmie pewnego ponurego, deszczowego, listopadowego wieczoru, kiedy dwóch policjantów, nie chcąc utrudniać sobie życia potencjalnymi interwencjami, przekracza granicę patrolowanego rewiru, by w ciszy i spokoju dotrwać do końca służby. Los jednak bywa przewrotny i niemal od razu policjanci natrafiają na autobus miejski, którego pasażerowie i kierowca zostali zastrzeleni. Wśród ofiar jest policjant Åke Stenström, współpracownik Martina Becka. W świetle dziennikarskich fleszy rozpoczyna się żmudne śledztwo, tym trudniejsze, że ze względu na odniesione obrażenia są kłopoty z identyfikacją wszystkich ofiar, ślady w autobusie zostały zatarte przez nieudolnych policjantów, a jedyny ocalały z masakry pasażer jest w stanie wykluczającym składanie zeznań.

Codzienne, często monotonne i nudne czynności policyjne (poszukiwanie świadków, zbieranie i weryfikowanie zeznań, przeglądanie akt, mozolne gromadzenie dowodów) zostały ukazane bardzo realistycznie – widać rzetelne rozpoznanie tematu przez autorów. Żaden z policjantów nie został przedstawiony jako geniusz, który znienacka (i w samotności) doznaje iluminacji, wyjaśniającej wszystkie okoliczności zbrodni. Przeciwnie – koledzy Martina Becka są zwykłymi ludźmi, co oznacza, że muszą poświęcić mnóstwo czasu i wysiłku, by doprowadzić sprawę do końca. Działają pod presją czasu i przełożonych, będąc obiektami krytyki prasy, która nie waha się przed oskarżeniami o nieudolność, a wszystko odbywa się w atmosferze niechęci ze strony opinii publicznej. Często są zmęczeni, zniechęceni i po prostu mają wszystkiego dość. Popełniają błędy. Należy zauważyć, że przedstawiając kulisy pracy policji, autorom udało się nie popaść w przesadę i uniknąć usprawiedliwiania stróżów prawa. Również wśród nich – jak w każdej grupie zawodowej – można natrafić na ksenofobów, leni i zwykłych leserów. Ludzi, którym nie zależy. I dzięki temu zrównoważonemu spojrzeniu, wizerunek policyjnych bohaterów książki zyskuje na wiarygodności.

Warto poświecić „Śmiejącemu się policjantowi” czas. Nie tylko ze względu na znakomicie skonstruowany i poprowadzony wątek kryminalny, ale i z uwagi na społeczne tło wydarzeń. Ci czytelnicy, którzy w podświadomości mają zakodowany obraz szczęśliwych, życzliwych, świadomych swoich praw i szczodrze opłacanych Szwedów, mogą poczuć się zawiedzeni – książka skutecznie rozprawia się z tym stereotypem. Nastrój opowieści jest przytłaczający, za co tylko częściowo odpowiedzialny jest jesienno-zimowy czas akcji przyprawiony szczyptą północnego fatalizmu. Niestety, za znaczną część dusznej atmosfery odpowiedzialni są ludzie – zamknięci w sobie, obojętni, nieskorzy do pomocy. Tacy sami, jak wszędzie.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-07-14, 17:26   

Neil Gaiman - Chłopaki Anansiego

Gruby Charlie, główny bohater „Chłopaków Anansiego” był skazany na życie w cieniu ojca. Ojca beztroskiego, radośnie nieodpowiedzialnego, jowialnego żartownisia, ponad wszystko przedkładającego zabawę i śmiech, ojca uwielbianego przez kobiety. Pan Nancy – dusza towarzystwa, sypiąca bon mottami średniej jakości jak z rękawa, był lubiany, oczywiście nie przez ofiary swoich dowcipów. A Charliemu było za niego wstyd. Był zażenowany, kiedy ojciec zagadywał do obcych na ulicy i śpiewał w barach, bezradny i zły – kiedy stawał się obiektem jego żartów. Ale przede wszystkim nie mógł ojcu wybaczyć przezwiska, którym ten go obdarzył. Przezwiska, które przyczepiło się do niego jak rzep i bez trudu przenikało do każdego nowego środowiska, w którym się obracał. Jednym słowem, dzieciństwo nieśmiałego i wiecznie zakłopotanego Charliego nie było łatwe. Decyzję matki o rozstaniu i przeprowadzce na inny kontynent przyjął z ulgą – nareszcie nadszedł koniec upokorzeń, bo kontakty z ojcem odbierał jako pasmo upokorzeń właśnie. Wreszcie wolny, w końcu nie musiał się za nikogo wstydzić. Wiódł uporządkowaną, raczej nudną egzystencję i pozostał nieśmiałym, zakompleksionym i dość bezbarwnym facetem do czasu, aż nie dowiedział się o pogrzebie ojca i istnieniu brata – Spidera.

I w tym momencie życie Grubego Charliego przyspiesza i staje się przerażająco wprost interesujące. Po pierwsze Charlie musi przyjąć do wiadomości, że jego zmarły ojciec to Anansi, bóg-pająk, mądry i przebiegły pan wszystkich opowieści, a po drugie pogodzić się z faktem, że Spider odziedziczył po ojcu nie tylko boskie zdolności, ale i niektóre – te najbardziej go irytujące – cechy charakteru. Ale jakże zaakceptować istnienie Spidera i obdarzyć go braterską przyjaźnią, skoro ten znajomość zaczyna od skutecznego oczarowania narzeczonej Charliego i prowokuje konflikt z jego przełożonym? A wszystko robi, ot tak! – bez wysiłku, prawie mimochodem, dla zabawy, nie oglądając się na konsekwencje. Tu plus dla autora za przekonujące odmalowanie napiętych stosunków między braćmi – ani jedna scena nie dźwięczy przesadą czy nienaturalnością. Przeciwnie, nie raz i nie dwa czytelnik może odnaleźć w powieściowej narracji echa własnych rodzinnych przeżyć.

Prawdopodobne psychologicznie postaci, także drugoplanowe, nie są jedyną zaletą „Chłopaków Anansiego”. Na szczególne podkreślenie zasługuje biegłość autora w prowadzeniu wszystkich wątków (ani przez moment nie odniosłam wrażenia, że poszczególne nici powieściowej pajęczyny wymykają mu się z rąk) oraz wykorzystanie wszystkich rekwizytów wprowadzonych do powieści – nic nie jest porzucone, ani zapomniane. Każdy drobiazg ma znaczenie, każdy gadżet jest istotny (nawet ziołowa przyprawa do mięs, że już nie wspomnę o limonce). Duże wrażenie zrobiło na mnie umiejętne wplecenie w tkankę opowieści morału, którego obecność nie wywołuje grymasu zniecierpliwienia na twarzy czytelnika, przeciwnie – jest odbierana jako coś oczywistego i pożądanego.

Listę zalet powieści uzupełniają: wartka akcja, gładkie połączenie wątków mitologicznego, sensacyjnego i obyczajowego, celne obserwacje społeczne, no i humor – wspaniały, nierzadko ocierający się o absurd, ironiczny i momentami zgryźliwy. Jeśli do tego dodać lekki styl, znakomicie spuentowane dialogi i eleganckie, zamykające wszystkie wątki, zakończenie, w efekcie otrzymuje się uroczą opowieść, utrzymaną w starym, dobrym stylu historii przekazywanych ustnie, zabawnych i jednocześnie pouczających gawęd snutych przy ognisku. Opowieść, z której nawet Anansi mógłby być dumny.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Beata 
deformacja IU


Posty: 4699
Wysłany: 2010-07-18, 19:22   

Trudi Canavan - Głos bogów

Czego się spodziewamy po zwieńczeniu trylogii? Połączenia wszystkich, pozornie odrębnych, wątków w oszałamiającym finale? Zaskakującego, a jednocześnie eleganckiego, wyjaśnienia nagromadzonych w poprzednich tomach tajemnic? Postępowania bohaterów niesprzecznego z przedstawionymi wcześniej portretami psychologicznymi? To wszystko w „Głosie bogów” jest, ale... no właśnie. Niby wszystkie wątki są zamknięte, jest wyjaśnienie tajemnic i bardzo zgrabny opis poszukiwań i odszyfrowywania ukrytego, kluczowego dla wyjaśnienia tajemnic bogów, przekazu (Emerahl nie zawodzi), ba – jest nawet ironiczne mrugnięcie okiem do czytelnika w epilogu, ale postępowanie bohaterów sprawia wrażenie przewlekanego na siłę, a lektura całości – zamiast trzymać czytelnika w napięciu do ostatniej strony, wywołuje lekkie znużenie.

Być może odpowiada za to tematyka trylogii, w której działania ludzkich bohaterów stopniowo schodzą na dalszy plan (najbardziej widoczne jest to w ostatnim tomie cyklu), spychane przez wszechobecną wolę bogów. We wszystkich przełomowych momentach ostateczną decyzję podejmują bogowie i na tym tle zwykli ludzie sprawiają wrażenie ubezwłasnowolnionych. Biorąc pod uwagę, że bogów jest tylko pięcioro, nie dziwią opóźnienia decyzyjne czy przewlekające się konsultacje (ręczne sterowanie zwykle jest nieefektywne). Jednocześnie cała narracja prowadzona jest z punktu widzenia ludzi, którzy nie mają pojęcia o zakulisowych rozgrywkach swoich „szefów” (marionetki nie wiedzą, że są manipulowane). A tymczasem czytelnik, dysponując informacjami z wielu wątków, zaczyna zdawać sobie z tego sprawę znacznie wcześniej, niż mający ograniczony dostęp do informacji bohaterowie.

Być może odpowiada za to sama konstrukcja powieści. Zakończenie, choć częściowo przewidywalne, jest eleganckie i przemyślane, widać, że zostało zaplanowane z wyprzedzeniem i konsekwentnie zrealizowane. To plus, natomiast minusem jest nazbyt przejrzyste dopasowanie akcji do rozrysowanego harmonogramu, w którym stosunkowo długi czas dzieli kolejne, węzłowe punkty fabuły. Całość sprawia wrażenie, jakby każdy wątek pisany był osobno, a dopiero w końcowym etapie nastąpił stosowny „montaż”, zgodny z upływającym czasem. W efekcie w narracji zauważalne są przestoje: w oczekiwaniu na wypełnienie kluczowych zadań przez niektórych bohaterów (zdecydowanie Emerahl jest najbardziej zapracowana), reszta pozostaje bezczynna. Aby zapewnić im jakieś zajęcie, autorka relacjonuje pozbawione ostatecznej konkluzji tasiemcowe dyskusje poświęcone analizie przeszłych wydarzeń i budowaniu wariantowych planów na przyszłość, opowiada o podróży „krajoznawczej” Mirara, przedstawia oryginalną procedurę wyboru Wodza w jednym z miast pentadrian... wiele z tych informacji wzbogaca koloryt świata opowieści, ale do właściwej fabuły wnosi niewiele.

Być może odpowiadają za to niektóre rozwiązania fabularne, ocierające się o deux ex machina. Wprawdzie po chłodnej analizie jestem skłonna przyznać, że budzące największe zastrzeżenia przełomy fabularne (gwałtowne ujawnienie złej strony charakteru Nekauna oraz sposób uwolnienia Aurai z więzienia) znajdują uzasadnienie czy to w naszej rzeczywistości (na przykład Josef Fritzl przez ponad 20 lat uchodził za przykładnego obywatela), czy też w magicznej naturze świata opowieści, która może mieć wpływ na podwyższenie inteligencji zwierząt, to jednak w pierwszym odruchu tak nagłe zmiany mogą wywołać u czytelnika grymas niedowierzania. Tym bardziej, że dochodzi do nich w najbardziej sprzyjającym momencie (szansa jedna na milion sprawdza się tylko w powieściach Prattcheta).

Być może odpowiada za to autorska chęć przekazania przesłania, dania wyrazu własnym poglądom. Na szczęście Trudi Canavan czyni to nie wprost, choć jej sugestie są wyraźne (można powiedzieć, że balansuje na granicy dydaktyzmu). Posługuje się przy tym bardzo prostymi środkami: „Głos bogów” rozpoczyna się sceną, w której czytelnicy mają okazję poznać następczynię Aurai, właśnie poddawaną testom przez bogów. I od razu czytelnik jej nie lubi. Z bardzo prostego powodu: pracująca w szpitalu jako uzdrowicielka kapłanka Ella, lekce sobie ważąc zasady udzielania pierwszej pomocy, podaje płyny osobie nieprzytomnej, tylko i wyłącznie dlatego, że otrzymuje boskie polecenie zatrzymania za wszelką cenę jednego z pacjentów. Czyni to bez zastanowienia, odruchowo podporządkowując się autorytetowi. Jednym słowem, wykazuje się ślepą lojalnością wobec „przełożonych”, za nic mając ewentualne konsekwencje zdrowotne chorego. Dzięki takiemu otwarciu powieści autorka uzyskała dwa efekty: przeciwstawiła uległą, wręcz fanatyczną Ellę („Kiedy nie ma oczywistych odpowiedzi, robię to, co mi każą bogowie.” – s. 46) niepokornej Aurai, zmuszając czytelnika do odruchowego porównania postaw obu bohaterek i opowiedzenia się po którejś ze stron oraz bardzo wyraźnie przedłożyła samodzielną analizę sytuacji i kwestionowanie (choćby tylko teoretyczne) zasad nad posłuszne wykonywanie poleceń.

Nie jest to jedyna światopoglądowa kwestia, w której autorka zabiera głos. Zdecydowanie jest za równouprawnieniem kobiet (ośmiesza szowinistyczną postawę Myślicieli), przypomina, że nie wszystko złoto, co się świeci (w kontekście wyboru partnera), opowiada się przeciwko wojnie, wskazując, że giną na niej niewinni, piętnuje mobbing, przemoc, seksualne wykorzystywanie, gwałt i posługiwanie się szantażem.

Podsumowując, zamykający „Erę Pięciorga” „Głos bogów” nie jest arcydziełem, ale też nie jest powieścią całkowicie złą. Do zalet można zaliczyć eleganckie wyjaśnienie boskich tajemnic i logiczne określenie stopni wtajemniczenia w sztukach magicznych, ironiczny w wymowie epilog, wątek poszukiwań i odkryć czynionych przez Emerahl. Niestety pozostałe wątki są po prostu przegadane, a samej powieści nie zaszkodziłyby cięcia, szczególnie w momentach obyczajowych poświęconych rozpamiętywaniu w kółko tych samych wydarzeń. Moim zdaniem, jest to najsłabszy tom trylogii, z wyraźnie – w stosunku do poprzednich tomów – zwolnionym tempem akcji; w którym najbardziej uwidaczniają się pułapki wynikające z samego pomysłu na ontologię powieściowego świata.
_________________
Niewiedza nie jest prostym i biernym brakiem wiedzy, ale jest postawą aktywną; jest odmową przyjęcia wiedzy, niechęcią do wejścia w jej posiadanie, jest jej odrzuceniem.
Karl Popper
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Nasze bannery

Współpracujemy:
[ Wydawnictwo MAG | Wydawnictwo Solaris | Katedra | Geniusze fantastyki | Nagroda im. Żuławskiego ]

Zaprzyjaźnione strony:
[ Fahrenheit451 | FantastaPL | Neil Gaiman blog | Ogień i Lód | Qfant ]

Strona wygenerowana w 1,23 sekundy. Zapytań do SQL: 13