Książki

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Kroniki Amverphi
Autor Wiadomość
Pattolek

Posty: 1
Wysłany: 2013-03-17, 17:11   Kroniki Amverphi

NIedawno coś udało mi się wyskrobać. NIkt tego jeszcze nie czytał także zdaję sobie sprawę, że może być mnóstwo błędów i niejasności. Liczę na wasze komentarze i opinie. Wszystko co szczere będzie mile widziane. Jak się spodoba wrzucę kolejne rozdziały.

Rozdział I

Uważaj czego sobie życzysz

Nie łatwo było ją rozpoznać. Jej piękne czarne włosy, które zawsze były lśniące i czyste niezależnie od tego gdzie spali lub jak długo podróżowali, teraz były rozczochrane. Do tego były znacznie dłuższe, niemalże sięgały jej pasa, a na całej ich długości można było dostrzec wpleciony kurz, zeschłe liście lub gałązki. Jej twarz, która, choć zawsze piękna, była jednak kiedyś trochę pyzata i dziecinna, teraz wychudła, uwydatniając kości policzkowe, nie oszpecając jej, ale nadając wyraz tajemniczości i powagi. Oczy, te oczy, które wyrażały miliony uczuć od wiary, radości, po prośbę, zacięcie, strach, a czasem nawet rezygnację stały się zimne, beznamiętne, puste… Nie prezentowały już łagodności. Nie kryły w sobie swej naiwnej, lecz pięknej i czystej ufności. Ileż zmian. Jak to możliwe, że ta istota to wciąż ta sama krucha i bezradna Aris? Jak to możliwe, że ta dziewczyna, która kiedyś ledwo umiała unieść miecz, stoi tu i teraz w koszuli ochlapanej krwią, poszarpanej pelerynie i powycieranych spodniach? Jak to możliwe, że patrzy na nich bez cienia uśmiechu, podczas, gdy kiedyś na ich widok promieniała? Jak to w ogóle możliwe, że przetrwała sama osiem miesięcy na Smoczym Pustkowiu?
Nieważne jak bardzo pragnąłby, aby znów spojrzała na niego tak jak kiedyś, tak jak dawna Aris tego ostatniego dnia, przed wejściem do tunelu. Nieważne ile wątpliwości go nachodziło, nieważne czego chciał. To wszystko było już nieważne bo tak musiało być, dla dobra Królestwa. Wiedział, że ona się całkowicie zmieniła, że nie jest tą samą osobą co kiedyś. Choć jej ludzka powłoka mogła mylić, mogła sugerować, że ta Aris to wciąż Aris, on nie pozwolił się nabrać. Ta dziewczyna to zupełnie inny człowiek. Wyzbyła się tego kim była, by stać się tym kim być powinna. I to on podjął taką decyzję, popchnął ją by spełniła swoje przeznaczenie, bo był Przeklętym Wojownikiem. Wybrańcem i skazańcem jednocześnie.
- Witaj z powrotem, Przeklęta – powiedział Fenix oficjalnie, siląc się na przyjacielski ton. – Twój powrót raduje nas wszystkich, a jednocześnie napełnia nasze serca nadzieją – dodał i oczekiwał w milczeniu na odpowiedź.
Aris spojrzała na niego tak, jakby była zaskoczona tym, że ktoś do niej przemówił słowami, które w dodatku potrafiła zrozumieć. Uniosła wysoko brew i zbadała go od stóp do głów rzucając jednocześnie przelotne spojrzenie na pozostałych. Po co on to mówił? Jaki był sens jego wypowiedzi? Kim tak właściwie jest? Wiedziała, że go zna, ale musiała się skupić by gdzieś w pamięci odnaleźć jego oraz resztę drużyny. Ten mały, krępawy z dużym mieczem obosiecznym to Orik. Zabawny, dowcipny, lecz trochę lekkomyślny. To może być problem, jeśli nie będzie umiał się dostosować. Choć z drugiej strony widział w niej przyjaciela. To dawało jej gwarancje lojalności i wsparcia.
Wysoki i chudy, z gęstą brązową brodą i małymi oczami to Tolheim. Cichy, skromny, doskonały łucznik i świetny szpieg. Będzie można go wykorzystać, gdy tylko zajdzie potrzeba zebrania dodatkowych informacji. Jednakże czy może mu ufać? Niewiele o nim wiedziała, zawsze chronił swoją przeszłość. Kim był dla niej naprawdę? Wrogiem czy przyjacielem?
Starszy, siwy, z nienagannym wąsem i zgrabną szablą patrzył uważnie. W połowie niczym ojciec, a w drugiej niczym srogi nauczyciel. Melborn. Zajmował się strategią i planami, a przede wszystkim scalał drużynę, dbał o nią i martwił się o każdego jej członka. Cóż, będzie musiał zrozumieć, kto tu teraz jest dowódcą i autorytetem. Jeśli jednak się nie dostosuje… Bez niego też świetnie da sobie radę.
Bliźniacy Fel i Mel – wariaci. Tak mogła ich podsumować. Gotowi zrobić wszystko, dosłownie. Lubiący ryzyko i działanie. Nie znosili nudy i braku celu. Ale nader wszystko nienawidzili króla. Mogą być zarówno cierniem w oku jak i wybawieniem z niejednej sytuacji. Musi ich sobie zjednać, a przede wszystkim nakłonić do służenia jej, a nie jemu, Fenixowi.
Stał nieco przed innymi, jedyny elf mieszający się w sprawy ludzi i tak naprawdę ostatni jaki pozostał w Solesiss. Rozważny, dzielny, silny, ale również uparty. Niegdyś był najpierw jej utrapieniem i przeszkodą zabierającą wiarę w siebie, by z czasem stać się dla niej bardzo bliskim członkiem drużyny. Choć przez niego, a może dzięki niemu wszystko się zaczęło, o mały włos, a również z jego winy wszystko by się skończyło. Co z nim zrobić teraz? Może być bardzo niewygodny próbując postawić na swoim tak jak miał w zwyczaju.
- Witaj Nieśmiertelny, witajcie towarzysze – odpowiedziała. Jej głos brzmiał szorstko i ochryple. Jednak czemuż się dziwić? Tyle czasu w samotności robi swoje. Nie miała okazji rozmawiać, choć tak długo jak miała konia zdarzało jej się prowadzić z nim pogawędki, lecz gdy go zabrakło… Zardzewiała w mowie. Na dźwięk jej tonu, aż się wzdrygnęli, jednakże nikt nic nie powiedział. czekali na dalszy ciąg. Słońce wyszło zza chmur oślepiając ją swym blaskiem. Zmrużyła oczy i uniosła rękę by się ochronić. Jej skóra zdawała się bledsza, niż zwykle. Wyraźnie można było dostrzec ciemne sińce pod oczami jakby nie spała wiele dni. Groźna, otwarta paszcza smoka zalśniła niepewnie za jej plecami, lecz nawet gdy promienie wpadły do jej wnętrza, mrok nie ustąpił. Zło jakie się tam czaiło zdawało się być silniejsze, niż jakakolwiek moc zrodzona z piękna. Dopiero gdy jasność spełzła z jej twarzy, dziewczyna skierowała znowu swoją uwagę na zebranych. Bez zbędnych słów wyjęła miecz, uniosła go wysoko i postąpiła do przodu z zaciętą miną.

Niczym się nie wyróżniała. Zwykła dziewczyna mieszkająca w zwykłym małym mieście. Nic specjalnego. Gęste, brązowe włosy, duże ciemne oczy, wąskie usta. Jedynym znakiem charakterystycznym jaki posiadała, było znamię na wewnętrznej stronie nadgarstka w kształcie czteroramiennej gwiazdy. Gdy była mała nienawidziła go. Było wiecznie zaczerwienione i widoczne przy każdym podaniu ręki. Dzieci zawsze się o to pytały, niektóre nawet brzydziły, a ona musiała znosić szydercze uśmiechy. Z czasem jednak przyzwyczaiła się do tego, a rówieśnicy nabrali nieco ogłady wraz z wiekiem i przestali się o nie pytać tak bezpośrednio. Żyła wśród ludzi jak jedna z nich skrywając swoją bolesną tajemnicę. Każdego dnia zakładała maskę by przetrwać i choć wciąż nie było łatwo, żyła do dzisiaj. Odkąd sięgała pamięcią, śnił się jej straszny koszmar. Tak bardzo realny, że zawsze budził ją jej własny krzyk, pot, łzy i smak krwi na zbyt mocno zaciśniętych ustach. Jej mama musiała zostawać z nią do samego rana uspokajając ją i dając kruche poczucie bezpieczeństwa. Była przy niej z czystego poczucia obowiązku, a nie z pragnienia pomocy. Nie potrafiły nawiązać więzi. Nie potrafiły być matką i córką. Nie łączyło je nic poza więzami krwi i wspólnym mieszkaniem. Nie rozmawiały. Żadna tego nie chciała, żadna nie czuła takiej potrzeby. Choć czasem próbowały. I właśnie kiedyś raz, gdy taka chęć naszła jej matkę zapytała się Lany o jej koszmar. Dziewczynka nie wiedzieć czemu zapragnęła jej go opowiedzieć, chciała pozbyć się swego bólu i strachu. Matka wysłuchała, lecz nic nie zrozumiała. Powiedziała, że nie chce nigdy więcej o tym słyszeć. A Lana była pamiętliwa. Zobaczyła wtedy złość na obliczu matki i przyrzekła sobie nigdy więcej jej o tym nie wspominać. Z czasem, rodzina przyzwyczaiła się do nocnych krzyków dziewczyny tak bardzo, że już nikt się nie budził, gdy ona wracała do rzeczywistości walcząc o swoje życie. Nikogo to już nie obchodziło. Nawet jej młodszy brat, zajrzał do niej tylko dwa razy. A potem już nigdy. Bał się jej panicznie i niewiele do niej mówił nawet za dnia. I tak Lana została sama ze swoim lękiem, odseparowana od reszty świata.
Dopiero mając jedenaście lat zaufała drugiemu człowiekowi. Opowiedziała swojej przyjaciółce o męczących ją koszmarach i słyszanych głosach. Nazajutrz, tata zaprowadził ją do psychologa zaniepokojony telefonem od rodziców koleżanki. W ten sposób Lana całkowicie utraciła wiarę w ludzi i nauczyła się kłamać. Nigdy już nikomu nie opowiedziała co widzi nocą i co słyszy za dnia. Zamknęła się w swoim ponurym świecie nie mogąc odnaleźć radości i spokoju. Trwała tak, aż do pewnego dnia.
Wróciła ze szkoły pobita i obrzucona błotem. Dzieciaki od dawna nazywały ją wariatką albo czarownicą. Choć ona o niczym nie mówiła, w tak małym mieście wszystkie plotki rozchodziły się szybko, w dodatku ulegały ciekawym zniekształceniom, dodając pikanterii i prawdziwego szaleństwa faktom. Historie powtarzane latami przez znajomych rodziców, kuzynostwo lub też dawnych kolegów ewoluowały do tego stopnia, że rówieśnicy pragnęli niemalże dokonać na niej egzekucji. Cudem wróciła żywa do domu. Długo płakała nim podjęła decyzję. Potem musiała już tylko wykonać plan. Nalała wody do wanny, wzięła ostry nóż i podcięła sobie żyły. Najwyższy czas zakończyć tą gehennę. Ze łzami w oczach patrzyła jak woda się czerwieni. Pozwoliła zmęczonym powiekom opaść.

Jeżeli istnieje jakaś sprawiedliwość to najwidoczniej Lanę omijała szerokim łukiem. Nie tylko ją odratowano z samobójczej próby, lecz jeszcze umieszczono w szpitalu psychiatrycznym, gdyż będąc półprzytomną błagała jakąś niewidzialną osobę by już jej nie krzywdziła, by dała jej spokój. Długi czas spędziła w stanie wegetacji, nim zaczęła kontaktować się ze światem. Potem, tak jak zawsze próbowała kłamać, lecz psychiatrzy nie chcieli jej wierzyć. Nie ustawała jednak w próbach i po kilku miesiąc, tonach lekarstw i setkach terapii wróciła do domu. Traktowano ją jak trędowatą. Rodzice odzywali się tylko wtedy kiedy była taka potrzeba. Ich reputacja idealnych obywateli legła w gruzach. Ona nie była już pomocną urzędniczką, a on uczciwym prawnikiem. Ludzie gadali o nich na przystankach i w sklepach, w kościele i na cmentarzu. Nie było miejsca wolnego od plotek. Na nowo musieli budować swoją opinię u sąsiadów i za wszystko winili Lanę. Była ich przekleństwem i odczuwała to w każdym geście i spojrzeniu.
Nie udało jej się skończyć szkoły wraz z resztą klasy. Nie potrafiła się na niczym skupić, ani się odnaleźć w rzeczywistości. Musiała powtarzać rok. W nowej grupie nikt się do niej nie odzywał, ani dobrze, ani źle. Ignorowano ją jakby nie istniała, a jej to nie przeszkadzało. Wreszcie miała święty spokój. Żyła z dnia na dzień, tak jak nauczono ją żyć i niczym się nie przejmowała. Nie miała marzeń, ani pragnień. Po prostu istniała.
Ogromna zmiana pojawiła się w ostatniej klasie liceum. Wtedy zdała sobie sprawę, że może się od tego uwolnić. Zapragnęła wyjechać z tego zapyziałego miasta, jak najdalej od nie kochającej ją rodziny i zawistnych ludzi. Nagle uświadomiła sobie, że te koszmary i szepty, które ją nawiedzają ostatnimi czasy coraz częściej i częściej, już niemal co noc, spowodowane są tym, że jest nie tam gdzie trzeba. Musi wyruszyć w świat. Musi znaleźć swoje miejsce, swój prawdziwy dom. Bo jak wielu ludzi nie widzi sensu życia? Jak wielu czuje, że zgubiło drogę? Jak wielu płacze w poduszkę tęskniąc za tym czego nie zdążyło poznać, bo im to odebrano? Setki, tysiące, miliony. A ona sobie to uświadomiła teraz, gdy jeszcze ma szansę coś zmienić. I nie da się zawrócić. Podjęła decyzję i tym razem osiągnie cel. Wyjedzie na studia tak daleko jak tylko się da. Znajdzie pracę i mieszkanie i nie będzie już samotna, ani bezwartościowa. Napisze swoją historię od początku, tak jak będzie tego chciała. Ta myśl dała Lanie siłę, by co rano wstawać po ciężkiej nocy, by ignorować wredne spojrzenia i nie płakać z poczucia samotności i odrzucenia. Nadzieja na odnalezienie szczęścia była jej pokarmem. Wiedziała, że wkrótce będzie wolna, tak naprawdę wolna…
Ale jeszcze nie tej nocy. Znowu była w tej jaskini. Było jej zimno, była głodna, zmęczona. Chciało jej się pić. Czuła się samotna, najsamotniejsza w świecie. Nie wiedziała czemu nie może się ruszać, może jest przykuta? Widziała tylko sufit. Ciemny, kamienny sufit. Ktoś się nad nią pochyla. Mroczna, zła postać. Wlewa jej coś do gardła, gorzkiego i parzącego. Narzuca na głowę jakąś szmatę i mamrocze niezrozumiałe słowa. Coraz szybciej i szybciej. Zaczyna czuć ból. I ten ból każdej nocy jest inny, gorszy. Czuła jakby była ciągnięta za każdą kończynę w inną stronę. Jakby ktoś skakał jej po brzuchu, walił kamieniem w głowę. Płakała, krzyczała, wiła się. Pragnęła umrzeć. Wszystko było lepsze niż to. I zawsze budziła się w momencie, gdy myślała, że naprawdę to już koniec. Ze snu wyrywał ją jej własny krzyk. Była mokra od potu, serce waliło jej jak oszalałe. Przeżyła. Ten jeden raz jeszcze przeżyła. Ale ile jeszcze da radę?

Budzik. Znowu trzeba wstać. Ile spała? Nie pamięta. Wie, że jak co noc ostatnio śniła ten sen i słyszała ten zimny głos gdy zasypiała. Szeptał coś o obowiązku, przeznaczeniu i poświęceniu. Nauczyła się go ignorować. Obudziła się jednak przerażona, umyła, posłuchała muzyki, próbowała się uspokoić i zasnęła. Chyba. A teraz do szkoły. Ostatnie dni. Da radę. A potem tylko egzaminy końcowe i będzie mogła uciec. Daleko, daleko od tych koszmarów. Od rodziny, która nigdy jej nie rozumiała. Ignorowała jej lęki. Mieszkali razem, ale byli osobno. Ona i oni. I bardzo często, gdy siedziała sama wieczorem w domu marzyła, by mieć kogoś komu była by potrzebna. Wodziła pustym wzrokiem po swoim surowo umeblowanym pokoju. Nigdzie nie było życia. Nigdzie nie kryło się uczucie. Zwykłe rzeczy codziennego użytku niezbędne do przetrwania. I tak było wszędzie i zawsze. Nie mogła się z nikim zaprzyjaźnić. Robiła co konieczne by istnieć, lecz nie wiedziała jak się robi tak, żeby żyć. W tym mieście była już spisana na straty. Kiedyś już ją zawiedli i teraz nie mogła nikomu uwierzyć. Właściwie to bała się, że już nigdy nie będzie w stanie zbliżyć się do drugiego człowieka, że tak naprawdę zostanie sama na zawsze. Nawet, gdy jechała na wakacje i poznawała nowe osoby, które o niej nic nie wiedziały, Lana nie potrafiła traktować ich inaczej. Ludzie skrzywdzili ją tak bardzo. Jak zatem, ma żyć u ich boku do końca życia? Nie wiedziała. Nie miała rozwiązania tego problemu w swoim planie, ale na razie to był jedyny plan jaki udało jej się opracować. I musiała się go trzymać.

Coraz częściej zastanawiała się czy ktoś się nie pomylił. Zesłał ją tutaj, do tej rodziny, do tego miasta, a to przecież nie jej miejsce. Czuła, że tu nie pasuje. Wiedziała, że gdzieś jest jej prawdziwy dom, idealna przestrzeń do egzystencji. Miejsce, w którym nie będzie dziwakiem. Miejsce, w którym będzie do czegoś potrzebna. Miejsce, w którym będzie kochana. Wiedziała też, że blizna w kształcie czteroramiennej gwiazdy, którą kiedyś tak nienawidziła, świadczy, że czeka na nią coś wielkiego. Musi być tylko cierpliwa. Może to ono ją doprowadzi tam, gdzie ma być? Na razie jednak musi pozostać tutaj. Żyć z tymi ludźmi ich życiem. I czekać, aż któregoś dnia znajdzie się w miejscu, w którym będzie po prostu szczęśliwa. I nie będzie słyszała głosów.

Ten dzień był wyjątkowo brzydki. Od rana padało, a po południu zaczęła się prawdziwa burza. Aż uszy bolały od huku grzmotów. Lana wróciła do domu całkowicie przemoczona. Ale była tak zmęczona, że nie miała siły się kąpać, tylko wciągnęła suchy dres i położyła się. Strasznie bolała ją głowa.
Wtedy się zaczęło. Bolało ją wszystko. To był ten sam ból jak we śnie, tylko, że tym razem to nie był sen. To się działo naprawdę. Czuła jak każda kończyna ciągnięta jest w inną stronę przez jakąś potężną siłę. Nie mogła oddychać, bo ktoś skakał jej po brzuchu. Niestety nie mogła sprawdzić kto, bo inne coś waliło ją w głowę i potrafiła tylko krzyczeć. „Błagam niech to się skończy!” – myślała, a łzy lały jej się po policzkach. „To dziś! To dziś umrę! I nikt nie zapłacze po mnie! Wszyscy będą się cieszyć, że wreszcie ta wariatka umarła!”. Złym myślom nie było końca. Ból trwał. A tajemnicza zła osoba nie przychodziła, żeby wlać w nią tą ohydną truciznę. Wiła się i piszczała. Zaciskała dłonie w pięści lub drapała paznokciami po tapicerce. Łzy moczyły jej ubranie, a z nosa puściła się krew.
I tak jak nagle się zaczęło, tak się skończyło. Łapczywie zaczerpnęła powietrza. Oddychała głęboko przez kilka minut, otarła łzy i rozmazała czerwoną ciecz na twarzy. Wstała, ale od razu zakręciło jej się w głowie. „Czy to możliwe, że miejsce, w którym mogę być szczęśliwa znajduje się tam… w zaświatach?”. Bała się. Naprawdę zaczęła się bać. Obraz stał się czarny i straciła świadomość. Upadła bezwładnie na dywan. Zwykły człowiek powiedziałby, że to koniec, lecz wprawny obserwator dostrzegłby wokół niej jakąś dziwna poświatę, rozchodząca się koliście w przestrzeni. Gdy zniknęła, Lana dalej leżała na ziemi. Tyle, że straciła cały kolor z twarzy, a jej serce zdawało się przestać bić. Ogromna błyskawica przeszyła niebo, a w sekundę później straszny grzmot zatrząsł światem.

Ciepłe promienie słońca ogrzewały jej twarz. Czuła powiew świeżego wiatru na twarzy. Ten dzień zapowiadał się pięknie. Dobrze, że przestało padać. Wczoraj była taka straszna burza. „Mmm… jeszcze pięć minut i wstaję..” – myślała. Nagle coś do niej doszło. Zaraz przecież okna były zamknięte, więc skąd ten powiew? A te ptaki? Nigdy nie słyszała tak głośnego ćwierkania… Otworzyła oczy. Zamrugała kilka razy, nim zniknęły jej mroczki. Nie była w swoim pokoju. Nie była nawet w swoim ogrodzie.
- Co do cholery!? – Krzyknęła wstając energicznie i obracając się w koło. Była w środku lasu na niewielkiej polance. W cieniu pod wielkim świerkiem wciąż lśniły kropelki rosy. „Co się dzieje? Co to ma znaczyć?” – myślała gorączkowo, ale nie mogła znaleźć odpowiedzi. Czy to jej rodzice zrobili jej taki kawał i wywieźli, gdzieś do pobliskiego lasu? Czy czają się za jakimś krzakiem i wyskoczą krzycząc „buuu”? Nie. Nie. Nie. Nic tu nie pasowało. Oni nigdy by czegoś takiego nie zrobili. No chyba, że postanowili się jej pozbyć. Tak, to by miało sens. W panice złapała się za głowę oddychając ciężko. Chciała przykucnąć, ale coś wbiło jej się w brzuch.
- Klucz – wymamrotała, po czym szeroko otworzyła oczy ze zdziewania. – Czy ja mam gorset?! Co to za żart?
Wstała i spojrzała na swoje ubranie. Nie była ani w piżamie, ani w dresie, w który się wczoraj ubrała po burzy, ani w niczym innym co by przypominało jej ubrania. Miała na sobie długą, brązową suknię z koronką przy dolnej krawędzi i przy rękawach. Pod sukienką wyraźnie wyczuwała gorset, właściwie widziała jego obecność bo piersi miała jakieś większe. W pasie oplatał ją cienki, skórzany pasek, na którym dyndał duży, mosiężny klucz. Rozejrzała się, ale tak jak za pierwszym razem, tak i teraz otaczały ją tylko drzewa. Nie było drzwi, do których mógłby on pasować. Gdzie ona jest? Dlaczego tak ubrana? I co ma zrobić z tym kluczem, skoro tu nie ma żadnej cywilizacji? Bierze udział w Alicji w krainie czarów wersja improwizowana? Zacisnęła powieki i powtarzała długo:
- Nie… Nie… Nie…
W końcu wzięła kilka uspokajających wdechów i podniosła jeden skraj sukni gotowa do marszu, gdy dostrzegła na swoich stopach lekkie sandały. Westchnęła tylko nic nie rozumiejąc.
- Chciałabym chociaż mieć swoje trampki… - wymamrotała i po prostu ruszyła przed siebie. Skoro i tak nie wie, gdzie jest to nie musi się martwić, że się zgubi. I tak już jest zgubiona. „Czy to tutaj chciałam przybyć? Czy to stąd słyszałam głosy? Czy tutaj zostałam oznaczona gwiazdą?” – szła tak przed siebie zadając sobie coraz nowsze pytania. Na żadne nie otrzymała odpowiedzi.

Doszła do niewielkiego jeziorka. Istniał sobie spokojny, niewzruszony w środku lasu. Czysta woda odbijała w sobie promienie słońca. Nachyliła się, żeby się napić. I od razu odskoczyła do tyłu. Przerażenie? Zdziwienie? Przekonanie, że jednak ześwirowała? Nie była pewna, ale to co ujrzała nie było normalne. Niepewnie podeszła do brzegu i jeszcze raz spojrzała w toń. W tafli wody odbijała się jej twarz, a raczej kogoś, kogo oczami patrzyła na ten świat. Włosy sięgały jej prawie łopatek. Były czarne, gładkie i lśniące. Nos delikatny, mały, lekko zadarty. Oczy duże, z długimi, czarnymi rzęsami i idealnymi brwiami. Koloru w wodzie rozpoznać nie mogła, ale była pewna, że tylko one się nie zmieniły. Ze zdziwienia rozchyliła usta, które swoją drogą, były w kształcie serduszka i dużo bardziej wydatne niż jej poprzednie. Odsunęła się od wody. Pochyliła głowę. Skoro jej twarz się zmieniła, to może nie gorset powiększył jej piersi tylko są takie naprawdę. Rozejrzała się dookoła, jakby obawiając się, że na tym odludziu ktoś ją może podglądać. Upewniwszy się, że jest sama bez zastanowienia złapała się za piersi. „Rany boskie! Wreszcie mam cycki większe, niż koledzy z klasy!” Choć myśl była głupia, lekki uśmiech satysfakcji wystąpił jej na ustach.
- Nie mam pojęcia co się tutaj dzieje… Jak to w ogóle możliwe? – zastanawiała się gorączkowo bujając się w tył i w przód z głową przyciśniętą do kolan. – Kto mi to zrobił? I dlaczego?
Głos drżał niebezpiecznie, a Lana nie miała zamiaru się powstrzymywać. Z jej gardła wydobył się głośny jęk, a potem łzy zalały jej twarz. Płakała i płakała. Nie potrafiła przestać. Dopiero, gdy jej uszu dobiegło głośne wycie, przestraszyła się nie na żarty. Przecież jest w lesie i prędzej czy później będzie ciemno i niebezpiecznie. Musi jak najszybciej dostać się do jakiegoś miasta albo chociaż wsi, inaczej może nie przeżyć nocy.
- Szlag by to! – krzyknęła zapłakana i kopnęła pobliski kamień. Pociągając nosem ruszyła przed siebie.

Dwie godziny marszu dla dziewczyny, która nie uprawia absolutnie żadnego sportu, a wejście na trzecie piętro w szkole traktuje jak wyprawę górską to zdecydowanie za dużo. Sapała głośno, a twarz pokrywał jej pot. Dawno już wyszła z lasu i szła przez jakieś pola. Nigdzie nie spotkała żywego ducha. Nie mogła się zapytać gdzie jest i dlaczego. Słońce świeciło na nią bezlitośnie. Męczyło ją pragnienie i głód. Przynajmniej w takim upale wypociła wcześniej wypitą wodę i nie musiała iść na stronę w tej dziczy… Ćwierkanie ptaków, szum liści, chrzęst suchych gałęzi pod stopami, te odgłosy stały się dla niej tak naturalne, że gdy tylko dobiegł ją pierwszy inny dźwięk, aż się wzdrygnęła. Coś się zbliżało. Nie mogła tego zobaczyć, ale wiedziała, że nie jest sama. Choć nie miała pojęcia co to, czuła, że to coś złego. Ostatkiem sił podbiegła do dużego, rozłożystego krzaka i przykucnęła za nim. Rozpoznała tętent kopyt. Wstrzymując oddech, siedziała cicho jak mysz pod miotłą. Nie chciała być zauważona. Po chwili mogła dostrzec na drodze trzech zbliżających się jeźdźców. „Dobrze, jadą szybko, nawet nie zwrócą na mnie uwagi” – pomyślała. Pierwszy śmignął przed nią, nie kłopocząc się by odwrócić głowę. Drugi jechał nieco wolniej i jak na złość zatrzymał się niedaleko kryjówki Lany.
- To wszystko jest bez sensu! – warknął głośno i splunął w pobliskie krzaki. Dziewczyna pozwoliła sobie na grymas obrzydzenia, gdy plwocina spadła kilka centymetrów od niej. Podjechał trzeci jeździec i zmierzył towarzysza srogim wzrokiem. Lana wyjrzała zza krzaka. Ten pierwszy był w miarę młody, ale nie miał kilku zębów. Włosy krótkie, ryże i brudne. Niedbała broda. Ubrany w brązowy strój konny z lekką kolczugą. Miał nieprzyjemny wyraz twarzy i zimne, złośliwe oczka. Cwaniaczek. Drugi natomiast był całkowitym przeciwieństwem. Starszy jegomość ubrany w mundur w kolorach czerwieni i czerni. U boku wisiała mu zgrabna szabla. Wyglądał trochę jak jakiś szeryf albo generał. Siwy, z równo przyciętym wąsem. Mądre oczy, patrzyły z politowaniem na młodzika.
- Ta cała gonitwa za tą panną to strata czasu! – znowu warknął ten młodszy. – Może być już wszędzie. Dosłownie! Może nawet już sobie baluje u boku Wielkiej Matki? Któż ją tam wie! Nie powinniśmy się tak w kółko za nią uganiać tylko zająć się czymś pożytecznym!
- Dla ciebie coś pożytecznego to zabijanie chłopów – odpowiedział ten starszy spokojnie. – A dla króla priorytetem jest znaleźć jego córkę. Chyba nie muszę ci przypominać Del, że ona będzie twoją przyszła władczynią, czyż nie?
Młodszy ponownie splunął, tym razem w nieco innym kierunku. Trzeci jeździec zawrócił i stanął u boku starszego z mężczyzn. Spojrzał beznamiętnie na Dela. Lana przyjrzała mu się. Był piękny. Naprawdę piękny. Niezbyt długie, czarne włosy okalały jego twarz. Każdy kosmyk układał się w inną stronę jak gromadka niesfornych dzieci, chociaż równie dobrze może nigdy nie próbował ich uczesać. Dobrze widoczne kości policzkowe, męska szczęka. Oczy w kształcie migdałów, delikatne usta. Ubrany w lekki, zielono – szary strój do jazdy konnej. U boku wisiał mu miecz. Prezentował się naprawdę dobrze. Lana gdyby mogła, zagwizdałaby na niego bo przypominał jej jednego z modeli Hollister’a.
- Czy możemy już ruszać? – zapytał starszy. Del łypnął złowrogo na przystojniaczka, który posłał mu tylko obojętne spojrzenie. Najwidoczniej nie przepadali za sobą. „Tak, jedzcie już jedzcie, bo nogi mi cierpną… i chyba jednak muszę sikać…” – pomyślała. Jeźdźcy już mieli się zbierać do drogi, gdy wielki, czarny, włochaty pająk wyszedł spod krzaka. Dziewczyna bez zastanowienia wrzasnęła i wyskoczyła jak poparzona z kryjówki. Upadła wprost pod kopyta wierzchowców.
- I ptaszek wpadł do klatki – mruknął z zadowoleniem Del. Jego parszywy uśmiech jednak został szybko zmazany, gdy ten przystojny trzepnął go w tył głowy.
- Del zachowuj się! – skarcił go starszy. Po czym zeskoczył z konia i… złożył jej ukłon. W ślad za nim poszli dwaj pozostali. Szybko zeszli ze swych wierzchowców i pochylili przed nią głowy.
- Pani wybacz temu barbarzyńcy! Zmęczył się podróżą! I jeszcze to słońce zagotowało mu ten jego mały móżdżek w tej wielkiej glacy – powiedział starszy z nieukrywaną drwiną. Cóż, najwyraźniej nikt go nie lubił.
- Pani? – Starszy wyrwał ją z zamyślenia – Czy wszystko w porządku?
„I co teraz? – myślała gorączkowo – „Co mam im powiedzieć? Kim są? Czego chcą? Ale się wpakowałam… Ranyyy..”
- Eee… - wyrzekła mądrze Lana.
- Pani zdaję sobie sprawę, że miałaś powód, aby opuścić pałac, ale nie mnie osądzać… porozmawiasz z ojcem i dojdziecie do jakiegoś układu… - ciągnął starszy zbity z tropu.
- Tak, tak… Muszę porozmawiać z ojcem… I… - przerwała. Spojrzała na nich, milczeli. – I muszę siku…

Plan ucieczki podczas, a raczej zaraza po załatwieniu potrzeby fizjologicznej spalił na panewce. Ledwo poprawiła suknie, a już ją wołali. Wsadzili ją w siodło tego starego i wieźli nie wiadomo dokąd. Co z nią zrobią, gdy tam dotrą? Albo raczej co zrobią, gdy odkryją, że nie jest tą której szukali? Nie chciała o tym myśleć… Nie miała siły się nad tym zastanawiać. Chciało jej się spać, ale nie wiedziała czy może zasnąć. Nigdy wcześniej nie jeździła konno. A jak spadnie? Czy on ją utrzyma? Tak rozmyślając pogrążyła się w czymś jakby półśnie. Śniło jej się, że stoi w rogu szpitalnego pokoju. Na łóżku ktoś leżał. Podeszła bliżej. To była ona, Lana w swoim starym, dobrze znanym ciele. Była nieprzytomna. Miała podpięte do ciała kroplówki, z nosa wystawały rurki. Była blada, potargana. Wyglądała niczym śmierć. Na ekranie monitora wyświetlał się jej puls, był bardzo niski. Nikogo nie było przy niej. Nikt jej nie pilnował choć za oknem świeciło słońce. Samotna! Jakiś stłumiony, kobiecy głos rozszedł się po pokoju. Dziewczyna rozejrzała się, ale nikogo nie ujrzała. Nikogo nie obchodzisz! Nikt cię nie potrzebuje! Byłaś sama i zawsze tak już będzie! Odrzucona! Lana słyszała już kiedyś ten głos. Nie był to jeden z tych, które nawiedzały ją i mówiły o obowiązku i poświęceniu, lecz była pewna, że już kiedyś rozbrzmiał w jej głowie. Ponadto miała wrażenie, że to co on mówi to prawda. Że tak właśnie będzie zawsze. Nigdy nie była nikomu potrzebna, ani bliska. Nikt nigdy za nią nie zatęsknił. Umrze i nikt tego nie zauważy. Po policzkach spłynęły jej łzy. Ocknęła się. Dalej była na koniu, nie spadła. Po chwili jeźdźcy zatrzymali się.
- Pani, gdybyśmy jechali dalej, bylibyśmy w pałacu około północy, ale widzę, że jesteś zmęczona. Dlatego zapytam: każesz nam kontynuować podróż czy wolisz się zatrzymać tutaj na noc? – Zapytał starszy formalnie.
Rozejrzała się. Byli na zwykłym pustkowiu. Tylko drzewa, pola, kamienie i zapewne robaki. A gdzie jakiś zajazd? Ale może warto odwlec trochę powrót do zamku… Może uda jej się coś zrobić w tym czasie…
- Nocujemy tutaj – oznajmiła, lekko drżącym głosem.

Wszyscy doskonale znali swoje obowiązki. Del poszedł do lasu nazbierać chrustu i gałęzi na ognisko, przystojniaczek oprzątał konie, a starszy rozkładał prowizoryczny namiot, zapewne dla niej. Nie minął kwadrans, a wszystko było gotowe. Ognisko dawało przyjemne ciepło. Nie zdawała sobie sprawy jak bardzo zmarzła, podczas jazdy.
Siedzieli w okręgu i jedli jakąś wojskową papkę. W normalnych warunkach, by tego nie tknęła, ale była tak głodna, że nie miała zamiaru narzekać. Niewiele rozmawiali. Czasem Del o coś zapytał, a starszy, jak się dowiedziała o imieniu Melborn, spokojnie, choć zdawkowo mu odpowiadał. Ten przystojny się nie odezwał, ani słowem od samego początku i nikt się do niego specjalnie nie zwracał. Lana czuła się zakłopotana. Czy coś mówić? Jak się zachowywać? Czy powinna ich znać? Pomyślała, że Melborn to chyba dobry człowiek, więc jeśli teraz się wyda, że ona to nie ona, to może pozwoli jej odejść? Nie miała nic do stracenia… Chyba, że własne życie… „Szlag by to” – zaklęła w duchu. Zrobiła głęboki wdech i zaczęła.
- Czy tylko was wysłali na poszukiwania czy jeszcze kogoś? – Nie była pewna czy zadaje dobre pytania, ale musiała usłyszeć cokolwiek.
- Niech se panienka nie żartuje – powiedział Del ochlapując się tą dziwną, jadalną mazią. – Takich grup poszukiwawczych jak my to król wysłał setki! Wszystko byle tylko znaleźć jego córkę.
- Pani, ojciec się naprawdę o panią martwił, gdy pani zniknęła… - podjął Melborn. – Nie wiedział co się stało. Przypuszczał nawet porwanie więc nie przebierał w środkach, by panią odnaleźć.
- Rozumiem – powiedziała i zamyśliła się. – Wiec miałam szczęście, że wpadłam na was, nie? – Na jej twarzy pojawił się blady uśmiech. Towarzysze spojrzeli po sobie. Wydawali się zaskoczeni jej zachowaniem. Przystojniaczek wbił w nią wzrok, nawet nie mrugnął.
- Hmmm… znaczy nam oczywiście bardzo zależało na odnalezieniu pani – powiedział, bez przekonania starszy. – Ja jako dowódca straży zamkowej, twoje zniknięcie odebrałem jako osobistą porażkę, a Fenix… - kątem oka spojrzał na towarzysza, który cały czas wlepiał w nią wzrok. – Dla niego nie odnalezienie cię mogło się skończyć tylko na szafocie… Jako dowódca twojej osobistej straży miał największe kłopoty… - zakończył Melborn. Rozmowa zdawała się zakończona. Lana nie pytała o nic więcej. Ci ludzie mogli ją zbyt dobrze znać. W końcu to nie jacyś tam zwykli żołnierze, ale dwaj ludzie, którzy są każdego dnia bardzo blisko niej. Mogą ją zdemaskować w każdej chwili… Właściwie nie była pewna czy Fenix już jej nie rozgryzł… Chwilę później wszyscy układali się do snu. Tylko Fenix usadowił się pod drzewem i patrzył w mrok. Pewnie będzie stać na straży, ale przecież w tych ciemnościach nic nie widać… A ognisko zaraz zgaśnie. Nim naszły ją kolejne wątpliwości zapadła w sen.

- Nie wiem czy podjęta decyzja była dobra.
- Teraz za późno się nad tym zastanawiać, bo decyzja nie tylko podjęta, ale nawet są jej następstwa.
- Tylko czy to wszystko doprowadzi do czegoś więcej? Czy będzie lepiej?
- Zastanawiać winniśmy się byli, gdy plan był w fazie przygotowawczej, a nie teraz gdy przechodzimy do kolejnego etapu.
- Pytanie powinno brzmieć czy mieliśmy prawo decydować o cudzym życiu i szczęściu?
Głosy zamilkły. Na ostatnie pytanie wszyscy znali odpowiedź. Wiedzieli, że Wielka Matka osądzi ich sprawiedliwe za ich czyny. I tego sądu najbardziej się bali.

Ranek nadszedł szybciej, niż się tego spodziewała. Obudziły ją odgłosy siodłanych koni i pakowanego sprzętu. Wyszła z namiotu i oślepiło ją słońce. Zakryła twarz dłonią. Del podbiegł do niej, podał kawałek chleba i suszonego mięsa i zaraz zabrał się za składanie namiotu. Po chwili znowu byli w drodze. Niewiele słów było powiedzianych tego ranka. Nawet gdy w oddali widać już było miasto i pałac nikt się nie odezwał. Lana mogła tylko w ciszy czekać na swój los.
Miasto rozciągało się głównie na zachodzie i tam też się skierowali. Na wschodzie rósł gęsty las i stało zaledwie kilka chałup i cmentarz. Przejechali wzdłuż muru, by wjechać boczną bramą. Najpierw przebyli zewnętrzny okręg. Stare kamienice, drewniane chaty, szopy, obory i wąskie, błotniste uliczki. Gdzieniegdzie małe place z ławeczkami, ale bez drzew. Wszystko zdawało się brudne i zaniedbane. Tak jakby ktoś postawił to miasto kilkaset lat temu, a nowi mieszkańcy w ogóle o nie, nie dbali. Zresztą oni sami nie wyglądali dużo lepiej. Ubrani w brudne postrzępione tuniki, nie rzadko boso lub w dziurawych buciorach. Albo ohydnie utuczeni albo żałośnie chudzi. Gdy przejeżdżali, ludzie kłaniali im się, ale w tym pokłonie nie było ani krztyny szacunku, tylko złość i bezsilność.
Podjechali do wielkiej bramy, wystającej dumnie z wysokiego muru. Krata natychmiast została podniesiona. Strażnicy stali na baczność. Gdy wjechali za mury Lanie zdawało się, że jest w innym świcie. Po tej stronie, uliczki były brukowane kolorowym kamieniem. Były szerokie i czyste. Kamienice z oknami i kwiatami na parapetach. Małe parki i ogrody. Pięknie ubrani ludzie kłaniali się drużynie z szacunkiem i z radością patrzyli na Lanę. Wielu machało i ona nieświadomie odmachała im. Ktoś krzyczał „Niech żyje księżniczka Farin”. I wtedy dopiero poznała swoje nowe imię.
Wielka aleja, z posągami po obu stronach prowadziła do pałacu z delikatnego, szarego kamienia. Na końcu czekały na nich wysokie schody, ogromny taras, a za nim wielkie, zdobione drzwi. Małe wieżyczki strzelały w niebo. Promienie słońca odbijały się w szybach. Gdzieś z oddali słyszała rżenie koni. Przez chwilę zapomniała, że jest tu przez pomyłkę i na widok zamku uśmiechnęła się. „Pięknie tu… Może jednak będę tu mogła zostać na zawsze?” – pomyślała i pozwoliła się zsadzić z konia.

Melborn udał się do króla zameldować o pomyślności misji, a do jej komnat odprowadził ją Fenix. Szedł obok, nie prowadził. Za każdym razem, gdy dochodzili do rozwidlenia korytarzy, przystawał i patrzył na jej zachowanie. Ona jednak nie dała się wybić z rytmu. Posłusznie zatrzymywała się czekając, aż on wskaże odpowiednią drogę. Zrozumiała, że musi uważać na tego typa.
W jej komnatach zabrały się za nią służki. Umyły ją, wyczesały włosy, wcisnęły w gorset i piękną, choć dosyć skromną suknię w kolorze dojrzałej śliwki. Choć zawsze cechowała ją skromność, tym razem z niemałą pychą pogratulowała sobie wyglądu.

Droga do sali jadalnej była równie długa jak do jej komnaty. Tym razem zaprowadził ją jakiś strażnik. Pomieszczenie było wielkie, a sufit wysoko nad nią. Światło dawały trzy żyrandole z kamieni szlachetnych przymocowane do kremowego sklepienia. Na ścianach wisiały kolorowe gobeliny prezentujące sceny uczt i polowań. Po środku stał długi stół, nakryty tylko dla dwóch osób. Na jednym końcu siedział on, król. Był potężnej postury, choć trochę już zwiotczały ze względu na wiek i nadmiar dobrego jedzenia. Miał kręcone kasztanowe włosy przeplatane szarymi pasmami do ramion i długą, lśniącą brodę. Ubrany był w czerwoną koszulę z herbem, obrazującym sępa stojącego na słońcu, przyszytym do piersi. Czarne proste spodnie, wysokie buty. U pasa nienagannie prezentował się krótki miecz. Gestem ręki wskazał, by usiadła. Posłusznie spełniła jego niemy rozkaz. Przez chwilę jedli w milczeniu. W końcu władca odchrząknął.
- Czy powiesz mi dokąd to wyjechałaś? – zaczął spokojnie. – Chyba nie powiesz mi, że zdenerwowała cię nasza ostatnia rozmowa?
Milczała. Co miała powiedzieć? Nie jest jego córką. Nie zna go. Nie wie o czym rozmawiali, ani nawet jak się nazywa to państwa do którego trafiła. I jaki to czas? Średniowiecze? Może powinna powiedzieć prawdę? Ale gdzieś w głębi serca czuła, że nie może się przyznać. Że on nie może poznać prawdy. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Dlaczego miała wrażenie, że to zły człowiek? Czy to o nim czasem szeptały głosy?
- Ekhm… Potrzebowałam czasu… Dla siebie… - zaczęła, a on przerwał jedzenie, oparł brodę na rękach i słuchał. – Nie chciałam nikogo zmartwić, ani robić problemów. Ale czułam, że jak nie wyjadę teraz to już nigdy nie nadarzy się taka okazja. Wybacz, ale nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć.
Skończyła i spojrzała mu w oczy. Świdrował ją spojrzeniem, ale wytrzymała to.
- Czy powiesz mi tylko zatem czy ktoś ci w tym pomagał lub czy wydarzyło się coś, o czym powinienem wiedzieć?
Potrzasnęła głową. Nie do końca rozumiała o co mu chodzi, ale wolała nie mówić nie potrzebnych słów.
- Ehh… Córko… Pamiętaj kim jesteś, kim my jesteśmy – rozpoczął przemowę. – Zbliża się czas, gdy trzeba będzie podjąć pewne kroki, zrobić coś co łatwe nie będzie. Ale tutaj chodzi o nasz ród! Nasze panowanie nad tymi ziemiami. Dlatego tak ważne jest abyś wyszła za mąż i wydała na świat potomka. Naszego następcę. Wiesz, że nie zmuszę cię do ślubu z kimś kto ci nie będzie odpowiadał, ale nie możesz wiecznie odrzucać kandydatów. – Wstał, podszedł do jednego z gobelinów i zaczął mu się intensywnie przyglądać. – Nigdy nie widziałem problemu w tym, że to kobieta zasiądzie po mnie na tronie. Nigdy nie chciałem, aby to był twój mąż. Więc nie zawiedź mnie na sam koniec. Idź już, odpocznij po podróży.
Bez słowa wstała, pochyliła głowę w ukłonie i wyszła. Nie wiedziała dokąd iść, ale teraz to ją nie interesowało. Nie może tu zostać! Nie może mu pozwolić odkryć jej tożsamości, albo raczej jej braku. Co tu się w ogóle stało? Jak to możliwe, że jakimś cudem przeniosła się ze swojego domu w to dziwne miejsce? Co na to jej rodzice? Przypomniała sobie sen. Ona, Lana, w łóżku szpitalnym. Blada, chora, nieprzytomna. I nikt przy niej nie czuwał. Pamiętała, że jak zachorował jej brat i był w szpitalu dwa dni, to rodzice cały czas tam siedzieli i ją też tam ciągnęli. Żeby tam była, wspierała go, jak rodzina. A oni ją zostawili. Była sama.
- Wasza wysokość..? – delikatny głos rozproszył ciszę. Rozejrzała się. Była w bibliotece. Wysokie regały zawalone woluminami o różnej grubości i wielkości obciążały półki. Były tam zarówno nowe, jak i bardzo stare księgi o czym świadczyły wyblakłe napisy i podarte grzbiety. W głębi widziała stoły z krzesłami z ciemnego drewna, a nawet fotele obite bordową tapicerką. Przy niej stał niewysoki, szczupły mężczyzna w czerwonej szacie. Był całkiem młody, ale nie wyglądał zbyt zdrowo. Blada cera, wąskie, zaciśnięte usta, tłuste słomiane włosy i zmęczony wzrok. „O rany! Jak żywy trup!” – pomyślała.
- Ekhm… Trochę się zamyśliłam i doszłam, aż tutaj…
- Ach rozumiem pani… - powiedział Bibliotekarz, jak go nazwała w myślach. Ukłonił się i tak zamarł. Nie planował się wyprostować. Stała zmieszana.
- Właściwie jak już tu doszłam to może coś poczytam… - zasugerowała nieśmiało.
- Oczywiście. Co panią interesuje? – powiedział wyraźnie zaskoczony.
Poprosiła o książki z wiedzą współczesną i historyczne. Dowiedziała się, że jest księżniczką królestwa o nazwie Solesiss, a miasto królewskie to Fortifia. Jest to jedno z kilku państw Amverphi. Jej przyszywany ojciec to Gerath. Matka zmarła kilka dni po jej narodzinach w wyniku krwotoku wewnętrznego. Królowa Alestra była piękną i łagodną niewiastą jak pisały kroniki. Kochaną przez lud, nienawidzoną przez matkę swego męża. Obecnie rządzący to szóste pokolenie z tej dynastii. Zasiedli na tronie w roku 319, po tym jak obalona została poprzednia dynastia Solonów. Kroniki ukazywały nową rodzinę królewską jako mądrych, życzliwych i sprawiedliwych ludzi. Wprowadzili wiele reform i usprawnień przez co zwiększyło się bezpieczeństwo granic w wyniku podniesienia podatków i opłacenia większej liczby żołnierzy. Zmniejszyła się również przestępczość poprzez sroższe kary i szybsze sądy. Kronikarze pozytywnie opisywali nawet krwawo tłumione bunty chłopów, którzy śmieli się sprzeciwić władcy w chwilach jego słabości, gdy ten prosił ich o pomoc. Wszystkie dokumenty, który czytała były utrzymywane w tym samym tonie. Chwaliły, czasem usprawiedliwiały, ale nigdy nie osądzały. Lanie, aż robiło się niedobrze od tego przesłodzenia i podlizywania się. Wiedziała, że kronikarze byli opłacani, więc pisali tak jak im kazano. W przeciwnym razie czekało ich więzienie lub może nawet śmierć. Coraz bardziej traciła wiarę w króla i sympatię do tego miejsca. Czuła, że wszystko co ją otacza to kłamstwo. Ale jakie miała prawo by osądzać innych skoro sama w tej chwili była najzwyklejszym oszustem?

Życie w pałacu było całkiem znośne i łatwo się do niego przyzwyczaiła, choć przez kilka pierwszych dni budząc się w swojej komnacie czuła się zdezorientowana i zagubiona. Wieczorami miała w zwyczaju płakać wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Lśnił na nim księżyc i iskrzyły się gwiazdy, lecz ona czuła, że to inne sklepienie, niż to które znała. Tutaj w Amverphi, firmament był jej obcy i przytłaczał ją swoją odmiennością. W domu zawsze szukała w migoczącym kosmosie ukojenia i spokoju. Tutaj strach ściskał jej serce, gdy bezradnie próbowała odnaleźć znane jej konstelacje. Bezskutecznie. Nie istniało nic, co sugerowałoby, że jej świat i ten są ze sobą jakoś połączone. Jednakże w ciągu dnia trzymała się dzielnie. Raz dziennie jadała posiłek z ojcem podczas, którego nauczyła się z nim rozmawiać. Głównie on mówił. Ona tylko wyrażała opinie, przytakiwała i mówiła mu jak bardzo jest mądry. Jego to widać zadowalało bo zdawał się cały czas wierzyć, że ona, to jego prawdziwa córka. Kilka razy nawet zauważył, że wydoroślała i spoważniała. Melborna i Dela nie widziała od czasu przyjazdu do zamku. Zapewne pełnili służbę gdzie indziej. Natomiast Fenixa spotykała kilka razy dziennie. Jako dowódca jej straży przybocznej często jej towarzyszył lub sprawdzał jak się mają jego podwładni, jednak nigdy nie słyszała, żeby cokolwiek powiedział. Wpatrywał się w nią tylko tym przenikliwym wzrokiem, od którego, aż drżała. Robiła wszystko, by nie wchodzić mu w drogę i nie dać pretekstu do wątpienia w jej tożsamość, lecz wiedziała, że stąpa po bardzo kruchym lodzie.
Starała się codziennie chodzić do biblioteki. Młody człowiek, który się opiekował zbiorami, Explot, okazał się wyjątkowo miły i pomocny. Nie tylko podawał jej księgi, często opowiadał historie i legendy. Ona słuchała jak małe dziecko i z czasem ich spotkania stały się czymś tak naturalnym jak poranne pójście do łazienki.
Była w zamku już piąty tydzień i nie planowała póki co się stąd zabierać. Nawet zaczęło się jej podobać to wygodne życie, a lęk przed zdemaskowaniem pojawiał się coraz rzadziej. Tak jak w każde popołudnie siedziała w bibliotece i rozmawiała z Explotem.
- Niesamowite pani jak bardzo pragniesz się uczyć i jak szybko chłoniesz wiedzę! – Zachwycał się nie po raz pierwszy jej mistrz. Właśnie wyjaśniał jej zasady pisowni w starym alfabecie runicznym.
- Przecież to wcale nie takie trudne – odparła Lana i zgrabnym ruchem pędzla zapisała słowo „Pośladki”. Explot spojrzał tylko wymownie i wyrzucił kartkę papieru do kosza.
- Nie chodzi o to, że to trudne, lecz o to, że kiedyś nigdy byś z własnej woli nie przyszła nawet do biblioteki, a co dopiero mówić o uczeniu się!
Zapisał runicznie słowa „Zachowuj się pani”. Ona odłożyła pióro.
- Jaka kiedyś byłam? – Zapytała patrząc na niego. Bibliotekarz podniósł głowę. – Znaczy jak mnie przedtem postrzegałeś?
W oczach młodzika widać było strach. Kilka razy zdawało się, że coś powie, lecz tak jakby rezygnował w pół słowa i wsysał powietrze z powrotem. „Wow… w takim tempie napompuje się jak balon i oczy mu wyskoczą z orbit.” – pomyślała. – „Ciekawe czy by w ogóle zauważył..”. Parsknęła śmiechem. Jakby miał zauważyć, że oczy mu wyskoczyły skoro już by oczu nie miał? Szybko się jednak ogarnęła i powiedziała łagodnie.
- Spokojnie panie Explocie… Żadnych konsekwencji nie musisz się obawiać. Chcę szczerze usłyszeć jak mnie postrzegałeś nim zaczęłam tutaj przychodzić.
Wziął jeszcze kilka głębokich oddechów i zaczął opowiadać. Starał się używać jak najłagodniejszych słów i usprawiedliwiać wszystkie jej czyny, których nie popierał. Nieważne jednak jak wiele elokwentnych słów użył i jak wiele rzeczy przemilczał. Lanie, aż ciarki przeszły po plecach. Jej poprzedniczka była okrutna. Gardziła wszystkimi i wszystkim. Nie szanowała niczyjego życia i pracy. Wiele razy, gdy jakiś malarz lub rzeźbiarz stworzył dzieło, które się jej nie podobało, nie tylko kazała zniszczyć efekt wielotygodniowej, a czasem nawet wielomiesięcznej pracy, lecz pechowego artystę wysyłała do ciężkich prac w kamieniołomach lub kopalniach. Niemalże codzienne doprowadzała kilka służących do płaczu, wiele z nich popełniało samobójstwa, a nie jedną ona sama skazała na stos twierdząc, że jest ladacznicą. Pozwalała swoim żołnierzom grabić i palić wioski, a kobiety gwałcić. Czuła, że jest panią życia i śmierci i nie mogła się doczekać, gdy wreszcie zasiądzie na tronie. Taka właśnie była księżniczka Farin. Może nawet gorsza, lecz Explot nic więcej nie chciał powiedzieć. Zamknął się w sobie i wszedł między regały. Już się jej nie pokazał tego dnia.

Lana wróciła do swej komnaty w podłym nastroju. „Po co ja pytałam!?”- denerwowała się sama na siebie – „Mogłabym nic nie wiedzieć i tak by było najlepiej! A teraz? Zastąpiłam potwora, który przecież w każdej chwili może wrócić!”. Te kilka tygodni spędziła naprawdę miło, ale teraz znowu czuła strach. Znalazła się w złym miejscu, o złej porze. Dlatego ją złapali. Ale, gdyby im powiedziała od razu to może by ją wypuścili? I co by wtedy zrobiła? Błądziła po tym dziwnym, nierealnym świecie i co dalej? Gardziła sobą za to, że nie miała odwagi od razu stąd odejść. Nie mogła znieść myśli, że będąc na ziemi z rodziną pragnęła od nich uciec. Nienawidziła siebie, że nigdy nie pozwoliła nikomu stać się dla niej ważnym. A teraz jest sama. Znowu. A może Explot by jej pomógł? Przecież teraz ją lubi więc może się uda… A co jeśli jest taki jaki jest tylko dlatego, że myśli, iż ona jest księżniczką i lepiej mieć w niej przyjaciela, niż wroga? Farin Mroczna… Tak nazywali ją poddani… Nic dziwnego, że wszystkie służące patrzą na nią podejrzliwie skoro jest taka miła. Nic dziwnego, że król Gerath ciągle się pyta o jej zdrowie i samopoczucie… Zapewne widzi i wie, że zachowuje się dziwnie. Nie, nie, nie! Nie zniesie tej niepewności i lęku. Przez chwilę wydawało jej się, że nigdy wcześniej się tak nie bała, ale już po kilku sekundach przypomniała sobie, jak bardzo nienawidziła nocy. Bo to wtedy zawsze miała te koszmary i… No tak! Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tutaj nigdy nie śniła tego koszmaru! Nie słyszała głosów! Jak to możliwe? Dlaczego? Czuła, że wariuje. Normalnie, najzwyczajniej w świecie zaraz oszaleje, trafi do wariatkowa i dostanie pokój zaklejony materacami. Na tym się skończy. A w kronikach będą ja nazywać Laną, to znaczy Farin Postrzeloną. Hm… takiego przydomku to chyba jeszcze nikt nie miał.
Błądziła po pałacu nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Zaglądała do każdej komnaty, przystawała przy obrazach. Wszystko to pochłaniało mnóstwo czasu, a ona chciała go stracić jeszcze więcej. Służba na jej widok uciekała w popłochu. Lana już nawet nie zwracała na to uwagi.
Po kilku godzinach doszła do starszej części zamku, która chyba niezbyt często była odwiedzana. Zdjęła świecę ze ściany i zagłębiła się w mroczny korytarz. Absolutny brak obrazów, zbroi wystawowych, posągów. Brak dywanów, żyrandoli, trofeów. Zupełnie jakby się ktoś wyprowadził i zostawił tylko ściany i sufit. Wiele pokoi było zamkniętych, w innych drzwi tak skrzypiały jakby chciały obudzić truposza. Komnaty równie puste jak korytarze. Już miała wracać do siebie, gdy zauważyła, że jedne drzwi były inne. Bardzo wysokie i szerokie. Choć kolor był wypłowiały, dalej widać było pozostałości po pięknym odcieniu niebieskiego. Solidne, mosiężne zawiasy, zamek, klamka… Obok nich leżała kupka cegieł, tak jakby kiedyś były zamurowane, ale ktoś postanowił rozebrać zaporę. Tylko nie zdążył posprzątać. Z ciekawością nacisnęła klamkę i… i nic. Drzwi tak jak wiele poprzednich były zamknięte, choć w tym przypadku ciekawość kazała jej tam wejść za wszelką cenę. Niewiele myśląc naparła na nie z całej siły i odbiła się od nich jak szmaciana lalka.
- Auć! – Pisnęła i rozmasowała bark. – Głupie, duże, niebieskie drzwi!
Wyzwanie ich było dziecinadą, ale odzyskała chociaż odrobinę godności. Tak przynajmniej myślała. Wróciła do swoich komnat, cały czas zastanawiając się co może się kryć w tamtym pomieszczeniu.
„Chciałabym móc je otworzyć” – myślała zasypiając. – „Chciałabym wiedzieć co tam jest”.
Pogrążyła się w błogiej nieświadomości, nie zdając sobie sprawy, że gdy poprzednio czegoś pragnęła, stało się. No może nie tak jak dokładnie tego chciała, ale Lana powinna uważać czego sobie życzy. Jedno życzenie przeniosło ją do Solesiss. Niewiadomo co zrobi z nią następne…
 
 
Fidel-F2 


Posty: 7776
Wysłany: 2013-03-17, 17:33   

Masz pierdyliard problemów, na każdej w zasadzie płaszczyźnie.
_________________
Jesteśmy z And alpakami
i kopyta mamy,
nie dorówna nam nikt!

Adeptus Gedeon napisał/a:
integracja w duchu stworzenia katolickiego wolnorynkowego imperium.
 
 
toto 
Washington Irving


Posty: 6846
Skąd: Kirinyaga
Wysłany: 2013-03-17, 18:37   

Zacząłbym od interpunkcji.
_________________
trzy konie, a na jednym Jan Paweł II, w szatach pontyfeksa maksyma, na drugim Lech Wałęsa w todze i w sandałach, z gladiusem, a na trzecim jakaś hybryda dziwna, dwugłowy Rzymianin, potężny, gruboudy, grubołydy, o brzuchu masywnym, dwie głowy identyczne, tylko że jedna miała narośl obok nosa, a druga nie miała. Z tej narośli coś jakby drzewko, roślinka wyrastało, ku niebu się wzbijało niby nowy początek. "Siwy Dym", Ziemowit Szczerek
 
 
Jezebel 
Emerald


Posty: 862
Skąd: Kraków
Wysłany: 2013-03-17, 18:56   

A ja od pierwszych zdań, w których wszystkiego było zdecydowanie zbyt wiele.
_________________
life. is a state. of mind.

 
 
MrSpellu 
Waltornista amator


Posty: 16907
Skąd: Milfgaard
Wysłany: 2013-03-17, 19:23   

Ha. Amatorzy.

Nie czytałem. A wiem, że złe --_-
_________________
"I've seen things you people wouldn't believe. Attack ships on fire off the shoulder of Orion. I watched C-beams glitter in the dark near the Tannhäuser Gate. All those moments will be lost in time, like tears in rain. Time to die."
 
 
Tixon 
Ukryty Smok


Posty: 6270
Skąd: Piła
Wysłany: 2013-03-17, 19:36   

Ej, to moja specjalność. --_-
_________________
Stary Ork napisał/a:
Żelki to prawda, dobro i piękno skondensowane w łatwej do przełknięcia formie żelatynowych zwierzątek. Wyobraź sobie świat bez żelków - byłbyś w stanie żyć pośród tego niegościnnego, jałowego pustkowia wiedząc, że znikąd nadzieje?

MORT napisał/a:
Romulus, Tix właśnie cię pobił w redneckowaniu.

Romulus - nie decydujemy o losach świata.
Ł - CHYBA TY
MrSpellu - Rebe, czego nie rozumiesz w zdaniu:
ŻYDOMASONERIA JEST TAJNA, psiakrew? :/
 
 
Fidel-F2 


Posty: 7776
Wysłany: 2013-03-17, 20:31   

Eee no, przeczytałem cztery pierwsze zdania. Wydaje mi się to zdrowym kompromisem pomiędzy lekceważeniem a rozsądkiem.
_________________
Jesteśmy z And alpakami
i kopyta mamy,
nie dorówna nam nikt!

Adeptus Gedeon napisał/a:
integracja w duchu stworzenia katolickiego wolnorynkowego imperium.
 
 
GilGalad 
Szperacz


Posty: 394
Wysłany: 2013-03-17, 20:32   

Fidel-F2 napisał/a:
Eee no, przeczytałem cztery pierwsze zdania. Wydaje mi się to zdrowym kompromisem pomiędzy lekceważeniem a rozsądkiem.


Cytat:
NIedawno coś udało mi się wyskrobać.
NIkt tego jeszcze nie czytał także zdaję sobie sprawę, że może być mnóstwo błędów i niejasności.
Liczę na wasze komentarze i opinie.
Wszystko co szczere będzie mile widziane.


//mysli
_________________
Ł napisał/a:
Fantastyka jest dziwką Stephesona, a nie Stepheson dziwką fantastyki.


James Joyce napisał/a:
Jest to wiek utrudzonego kurewstwa, po omacku szukającego swego boga.
 
 
Romulus 
Imperator
Żniwiarz Smutku


Posty: 18118
Wysłany: 2013-03-17, 20:35   

Największy błąd, jaki popełnił Autor to wrzucanie tego do nas, abyśmy ocenili. Jest oczywiste, że będzie z.ebka.

Autorowi anonimowy użyszkodnik proponuje:
1. Olać krytykę na forum (jakąkolwiek).
2. Pisać i publikować w sieci - a nuż wyjdzie z tego nowa E L James i "50 shades of Gray"? A wtedy: sława, pieniądze i seks - dużo seksu z modelkami z Victoria's Secret :) Lub z modelami od Armaniego, łotewa...

Więcej pewności siebie, zadufania i braku pokory. Oto droga do sukcesu a nie marnowanie czasu na kolesi i kolesiówy, którzy tylko czekają, aby pożreć :)

Gdyby E L James się przejmowała, to by nie była dziś sławna.

A skoro już przy niej jesteśmy - to może trochę więcej seksu? Zamiast pensjonarskiej głównej bohaterki, dodać jej jakiegoś jurnego krasnoluda lub małe co nieco gdzieś w zakamarkach zamkowej biblioteki?
_________________
There must be some way out of here, said the joker to the thief,
There's too much confusion, I can't get no relief.
 
 
Fidel-F2 


Posty: 7776
Wysłany: 2013-03-17, 20:36   

touché :mrgreen:

ed Romulus się wciął
_________________
Jesteśmy z And alpakami
i kopyta mamy,
nie dorówna nam nikt!

Adeptus Gedeon napisał/a:
integracja w duchu stworzenia katolickiego wolnorynkowego imperium.
 
 
Młodzik 


Posty: 1210
Skąd: Warszawa/Radom
Wysłany: 2013-03-18, 10:25   

Niech idzie na Fahrenheita, tam dostanie rzeczową i zjadliwą opinię dłuższą niż sam tekst.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Katedra


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Nasze bannery

Współpracujemy:
[ Wydawnictwo MAG | Wydawnictwo Solaris | Katedra | Geniusze fantastyki | Nagroda im. Żuławskiego ]

Zaprzyjaźnione strony:
[ Fahrenheit451 | FantastaPL | Neil Gaiman blog | Ogień i Lód | Qfant ]

Strona wygenerowana w 0,35 sekundy. Zapytań do SQL: 13