Książki

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Michał Cetnarowski
Autor Wiadomość
Maeg 
Trójkoświr


Posty: 2425
Skąd: 127.0.0.1
Wysłany: 2009-09-07, 22:06   Michał Cetnarowski

Michał Cetnarowski - Historyk, dziennikarz; zadebiutował w 2002 roku tekstem Manhattan Project, wygrywając konkurs literacki „Świata Gier Komputerowych”. Autor kilkunastu opowiadań opublikowanych w czasopismach (m.in. w „SFFiH”, „Ubiku”, „SFerze”, „Magazynie Fantastycznym”) i tytułowego tekstu w antologii "Polowanie na lwa", jak również kilkudziesięciu artykułów popularnonaukowych, okołoliterackich i recenzji (m.in. w „Wiedzy i Życiu”, „Focusie: Historii”, „Nowej Fantastyce”, „Czasie Fantastyki”, „Ubiku”) oraz cyklu artykułów popularyzatorskich MC Kwadrat w „Magazynie Fantastycznym” (2005-2008). Wyróżniony pierwszym miejscem w konkursie literackim Poznańskiego Klubu Fantastyki „Druga Era” (2008, opowiadanie "Lata zarazy"). Tłumacz komiksów i redaktor antologii zatytułowanej "Nowe idzie", której celem jest pokazanie stanu polskiej fantastyki A.D. 2008.

Na jesień tego roku ma się ukazać zbiór opowiadań Michała, zatytułowany Labirynty.
_________________
"Czytam, bo inaczej kurczy mi się dusza"
— Wit Szostak

Bistro Californium
 
 
Toudisław 
Ropuszek


Posty: 6063
Skąd: Z chińskiej bajki
Wysłany: 2009-09-07, 22:24   

Ubiegłeś mnie z tym tematem ;)


Biel, tylko biel
Do końca
Godziny nocne
Hycel n/a
Idąc w cieniu wieży
Leśni chłopcy
Nexus
Nocne ścieżki gwiazd
Po zmierzchu
Polowanie Na Lwa
Zmierzch śmierci jego.Apokryf
Ja jestem ogniem
Rybak, perła i diabeł-krab



Czytałem opowiadanie z Kanonu barbarzyńców. Ja jestem ogniem. Całkiem dobre opowiadanie. Widać było warsztat pisarski i dobry pomysł. Więc pewnie skuszę się na Labirynty.

No i gratuluje sukcesu jako redaktor. Wpierw Nowe Idzie a potem Opowieści z Mekhańskiego pogranicza
_________________
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-08, 11:08   

O, nie zauważyłem, wątku-świeżynki i wysmażyłem posta w wątku powergraphowym, hehe... Jak by co, to ewentualna dyskusja będzie miała gdzie zdryfować... Dzięki! (Rzecz jasna także za gratulacje; za "Opowieści..." wszakże to pod adres Roberta; zasłużył w pełni!)
 
 
Sharin 
Pigeon Slayer


Posty: 1190
Wysłany: 2009-09-08, 16:14   

Cóż mogę powiedzieć...
Twórczość Michała znam jedynie z Nowej Fantastyki czy z Czasu Fantastyki. W obu przypadkach nigdy nie zawiodłem się na poziomie artykułów. Zawsze (no prawie zawsze ;) ) poruszały zagadnienia interesujące <ależ mu słodzę> :P

Mam nadzieję, że Labirynty będą jeszcze lepsze. Autor może być pewny, że kupię jego zbiór opowiadań :mrgreen:

PS. Michał ciekawie opowiada na konwentach ;)
_________________
próżnia doskonała

Próżnia Doskonała na Facebooku
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-13, 15:06   

Co do słodzenia, to jakoś to przełknę, nie ma sprawy, nie musisz się na powstrzymywać, jak by co...

A co do Labiryntami, to z pewną taką nieśmiałością wklejam fragment pierwszego z opowiadań…



Droga na zachód

Zmieniamy szyk. Zamiast jechać kolumną, na polach rozciągamy tyralierę. Grudy błota wylatują w powietrze, kiedy czołgi korygują kurs i stopują na chwilę jedną z gąsienic. Trzęsie. Lampki DPSów milczą jak zaklęte, ale i tak co chwilę poklepujemy kierowcę w ramię, żeby na nie zerknął, a potem, bez słowa kiwając głowami, przekazujemy wiadomość dalej. Daleko po lewej widać sznur ciężarówek mknących najpierw w tym co my kierunku, a potem odbijających w mgłę, tak jak wije się szosa. Nie licząc nawiewanych dymów, przez cały dzień nie widać innego źródła ruchu.

Do wieczora jest jeszcze daleko, kiedy dojeżdżamy do Magdeburga. Miasto zostaje daleko po prawej, na północy, ale nawet stąd widać ognie. Rubinowa poświata podświetla skłębione niebo, dymy bijące w chmury są tłuste i czarne. Kiedy wyłączamy silniki, robiąc przerwę na tankowanie, z oddali słychać pogłos urywanej kanonady, a czasem basowe mruknięcie pojedynczej eksplozji. Ruszamy dalej, przed nocą musimy jeszcze dotrzeć do wytyczonego punktu. Oficer prowadzący przerwał ciszę radiową i nadał kod potwierdzający wytyczne marszruty.

Jest późny wieczór, kiedy widzimy ich po raz pierwszy. Trzy wozy bojowe idą szybkim kursem na północny zachód, wykorzystując nitkę niezniszczonej drogi. Dowódca błyskawicznie wydaje rozkazy. Inne załogi też już ich dostrzegły. Znikamy we wnętrzu wozu. Zatrzymujemy się, żeby ułatwić celowanie. Maszyną kołysze, sztywno i krótko. Dowódca obserwuje przez lornetkę ledwo widoczne cienie. „Przeciwpancerny”, komenderuje. Słyszymy stłumiony huk wystrzału innego wozu. Nie słychać, żeby ktoś odpowiadał ogniem. Dowódca nie zwraca na to uwagi. Ustawia dalmierz. Pal.

Wnętrzem potężnie szarpie i od huku przez chwilę boleśnie piszczy nam w uszach. Momentalnie w całym wnętrzu śmierdzi palonym prochem. Pusta łuska wysuwa się z ładownicy. Chcemy popatrzeć, czy dostał. Słychać jeszcze jeden wystrzał. Kwiaty ognia wybuchają wolno na linii horyzontu. Wozów pancernych już nie widać, nie dostrzegamy jednak też żadnego wraku. Ciekawe, czy zawiadomią swoich o naszym położeniu. Ciekawe, czy mają jeszcze kogo zawiadamiać. Podejmujemy przerwaną jazdę. Motory znowu warczą, jak czarne psy przy wjeździe do piekła.

Kiedy przejeżdżamy obok wyrwanych w polu i asfalcie lejów, wiatr nad ziemią rozwiewa kolejne duchy z sinosiwych dymów.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-17, 19:23   

I kolejny fragment.


Biel, tylko biel

Siedział oparty plecami o ścianę, mając nad sobą przynajmniej ćwierć stai przepięknej, błyszczącej ściany lodu i zimna. Od jakiegoś czasu nie spoglądał już do góry. Ciekawe czy liny zwiniętej wokół plecaka wystarczy na powrót? Powrót… Włochate gogle podciągnął na czapę, wystawił twarz do słońca.

Za chwilę, pomyślał. Za chwilę podciągnę wysłużone rzemienie raków, za chwilę wstanę, naprawdę, nie zasnę, naprawdę za chwilę… Czekan…

Czuł ciepłe promienie słońca na twarzy.

Zamknął oczy.

Jak błysk, jak uderzenie obuchem w głowę. Obrazy pędzą pod powiekami, jeszcze raz, jak co noc, dopiero teraz wyraźne, zbyt realne.

Ranek. Trzeci, czwarty dzień ich wyprawy? Jak zwykle pakuje swój namiot, bierze część zapasów hrabiego i Koraha. Oni już idą, Korah coś mruczy, rzuca czarną czupryną, zakładając czapę. Jednak on stąd już go nie słyszy, macha tylko ręką. Rusza.

Hrabia zadowolony, raźno pnie się do góry. Misternie zdobione raki przypięte już do butów – dziś będą szli przez ten okap, oblodzoną krawędź skręcającą na południową ścianę. Nie jest stromo, czekany o ostrzach wykutych w kształt długich, ptasich dziobów Jakob zatknął na razie w plecaku. Everret prowadzi, za nim dziwnie milczący Korah, który co chwilę odwraca się za siebie. Jego czekany czarne są i matowe, ani jeden promień słońca przebijającego gdzieniegdzie przez pierzynę chmur nie błysnął na ich ostrzu, to pamięta. Jakob idzie pewnie, szczelnie okutany włochatą kurtą, z goglami spuszczonymi na oczy. Oddycha równomiernie.

Po chwili graf z towarzyszem znikają za zakrętem. Patrzy w bok. Przestrzeń, ogromna, niemożliwa przestrzeń, czarne zbocza, białe kontrapunkty zasypanych żlebów, ponury bezruch, lodowe zbocza ginące pośród obojętnych refleksów świateł. Przepaść. Podchodzi do zakrętu.

Wtedy o tym nie myślał, nie wychwytywał szczegółów, po prostu szedł, krok za krokiem, szukając fałszywej rysy w zmrożonym śniegu, oddychał równomiernie, oszczędzając siły. Dopiero potem, po wszystkim, podczas nocy i świtów, przez niekończące się, bezsenne godziny czuwania, dopiero później, podczas długich podejść, pomiędzy jednym a drugim krokiem na rozległych, śnieżnych plażach stromizn w drodze na szczyt: wtedy napływały obrazy i dźwięki.

Dziwne, szybkie skrzypnięcie śniegu, kiedy dochodził do załomu. Zdziwione spojrzenie, ręce zamarłe na rzemieniach plecaka, gdy zza zakrętu wypada Korah. Dwadzieścia pięć, dwadzieścia stóp przed nim, błyskawicznie, coraz bliżej. Coś krzyczy, włosy, uwolnione spod wełny czapki, wiatr rozrzuca na wszystkie strony. Szlachetna, śniada twarz szczerzy się, nienormalnie wykrzywiona i zawzięta, ale nie tylko to mu nie pasuje, jest coś jeszcze, coś, co uświadamia sobie po chwili. Drobne cętki szerokim rozpryskiem przecinają kurtę mężczyzny na piersi, znaczą obramowanie kołnierza, podbródek, jeden z policzków, powiekę, kiedy ten krzywi twarz. Wtedy tego nie rozumie, zrozumie dopiero później, dopiero trochę później.

I co robi

czekan

co robi czekan, uniesiony w jego dłoni?

Krzyk – Jakob krzyczy – krok, dwa do tyłu, nagle jeden z zębów raka zgrzyta przeraźliwie, ślizgając się na czymś twardym, metal chrzęści i pęka. Przeciążony bagażem przewodnik pada na plecy, Korah biegnie z dziwną furią w oczach, ciągle coś krzycząc niesamowitym, wysokim głosem, coś o bluźnierstwie i świętokradztwie, o niewiernych zakłócających spokój Domu Boga i karze dla pysznych, ośmielających się bezcześcić święte stoki. Wtedy tego nie słyszał, wtedy nie.
 
 
Toudisław 
Ropuszek


Posty: 6063
Skąd: Z chińskiej bajki
Wysłany: 2009-09-17, 22:04   

Michał bardzo fajne teksty. Promocja o tyle nie trafiona że i tak bym kupił XD
A kiedy poznamy okładkę ? Rafał już nad nią pracuje ? już możesz powiedzieć co będzie wchodziło w skład zbiorku ?
_________________
 
 
Shadowmage 


Posty: 3135
Skąd: Wawa
Wysłany: 2009-09-17, 22:38   

Michał podawał coś takiego jakiś czas temu: http://katedra.nast.pl/ks...chal-Labirynty/
_________________

Ględzenie Shadowa - mój blog
 
 
Metzli 
Diablica


Posty: 3515
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2009-09-17, 22:54   

mc napisał/a:
A co do Labiryntami, to z pewną taką nieśmiałością wklejam fragment pierwszego z opowiadań…


Dobrze, że zostały wklejone. Ja generalnie należę do osób leniwych, rzadko kiedy chce mi się szperać w sieci w poszukiwaniu kiedyś tam wcześniej zamieszczonych w różnych miejscach opowiadań. A tak, dostałam jakąś małą próbkę twojej twórczości, po tych fragmentach poczułam się zaciekawiona ;)
_________________
Ale to mnie nie wzrusza
W mojej głowie wciąż susza
Bo parasol określa ich byt

Metzliszcze - 12.06
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-18, 18:43   

Generalnie w sieci żaden mój tekst beletrystyczny nie wisi, o ile się orientuję (zatem dla "niezdecydowanych" pozostają kolejne fragmenty w tym wątku...).

Okładka "się robi", pierwszą wersję już widziałem, jak już będzie wersja ostateczna, wkleję ją z przyjemnością na forum.

I dzięki oczywiście Shadow za linka - w zbiorze to wszystko, co było zapowiadane.

A kolejny fragmencik wkrótce...
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-20, 16:01   

Ogień na ziemi


Byleby tylko były papieroski.

Zwłaszcza wtedy: żarcie z nadziału Starych rozdzielone, miny podładowane na full, czekają nocy, następna część Tunelu podstemplowana, laski znów znalazły dwoje dzieciaków pod Granią. Czemu Starsi wysyłają je do nas? Może mają coś wszczepione, taki mały, różowy szpicel? Kto to wie… Jakby Starsi chcieli nas dopaść, wystarczy, żeby przestali z nadziałem. A dziecko… Dziecko to dziecko. Po tej stronie – więc nasze. Oczy w porządku.

Ma ktoś zapalić?

Noc. Tuż przy pustyni. Niby można prysnąć, ale tak naprawdę – gdzie? Oppeln, Broslaw? Tam jak tu.

Noc. Pustynia. Choć ciemno i cisza – jednak czuć życie. Kiedyś byś powiedział: węże i gady, trucizna i syf. Ale teraz to nasze, teraz oni – jak my. Nawet na zgliszczach rosną kwiaty… Taa. Kto to powiedział?

Może zapalisz?

Kto to powiedział…?!

Minolta i Duce kupują broń.

Chłopakom z pustyni udało się przewieźć trochę sprzętu. Nie to, co świece Starych, ale wystarczy. Musi wystarczyć. Duce wskazuje żarcie i filtr wodny, szlugi i powiązane w równe pakunki pręty wygrzebane spod gruzów. Młody blondyn kręci najpierw głową, ruch ledwo widać w grafitowym cieniu, potem patrzy na kumpli. Czasem przychodzą z nimi laski. Z nami też. Czasem trzeba nabyć naprawdę duży towar.

Znam tylko jednego. Ciekawe, na jak długo, raczej się nie przyzwyczajam. Lisy z pustyni odchodzą najprędzej. Ciekawe, czemu to robią. Tak. Ciekawe, czemu palę.

Blondyn i reszta spoglądają w stronę plastikowych kanistrów z mętnym, palącym gardło płynem. Duce coś mówi i wyciąga rękę. Blondyn nie słucha, z poważną miną idzie do plastików. Do tego bierze baterie do radia, towar na deficycie. Dzikie dziewczyny z piaskiem we włosach będą się cieszyć. Dziś na pustyni będzie bal bez słów.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-23, 11:15   

I fragment Czarnych Stawów


— Ale pytanie za pytanie, Jeremiaszu, czy mogę?

Odłożył łyżkę. Był w jakimś dziwnym nastroju. Milczał, co dziewczyna uznała za przyzwolenie.

— Czemu tu u nas siedzisz? Czemu wydajesz ostatnie pieniądze na takim końcu świata jak nasza wieś? Przecież jest tyle innych karczm, i przecież jest coś lepszego, przecież wcale tak nie trzeba... — Spuściła oczy, ściszyła głos. — Martwię się o ciebie, Smoku. Naprawdę.

Bo koniec świata to miejsce, gdzie najłatwiej znaleźć krawędź, szczerbatą górską krawędź, poza którą nie ma już nic. Nawet czerni, chorej, cuchnącej czerni krwi. Jest tylko nicość, tylko nicość.

— A nie chcesz raczej spytać, jak inni, o smoki i legendy, o szybkie ostrza i dalekie kraje?

Za oknem świeciło jasne słońce na niebieskim niebie.

— Przecież tutaj wszyscy już to znają. Stajemy się powoli sławni…

Tak, to prawda. A więc to już. Zostało coraz mniej czasu. Milczeli.

— A słyszałaś o Czarnych Stawach? — zaczął ciężko. — O górskich stawach, w których woda jest ponoć czarna jak najczarniejsza noc, i jeszcze ciemniejsza, błyszcząca, ale jeśli włożysz rękę – to nic, nic nie widać? Słyszałaś o Czarnych Stawach? — Dziewczyna z zaciekawieniem przysunęła się bliżej. — Otóż, ponoć kiedy smoki – kumaki, jak je nazywają – czują już zbliżający się koniec, kiedy zetlałe kły są coraz bardziej kruche, skóra trzeszczy jak rozdzierany żagiel, a oczy bledną i matowieją, i kiedy są już stare i opite krwią, to wtedy ponoć słyszą pieśń, dziwną, głuchą, monotonną pieśń, którą śpiewają specjalnie dla nich pobratymcy, wylegujący się na ostrych, ciemnych stokach spływających nad brzegi Czarnych Stawów. Wołają je. — Popatrzył w niebo, błękitne nawet przez karczemną szybę. Nieświadomie ściskał i rozprężał dłonie na wysłużonym blacie. Patrzył i patrzył, wyciągając twarz do rozproszonych promieni słońca.

— No i co dalej?

Potrząsnął głową.

— Dalej nie ma nic. Kumaki schodzą wtedy ze swoich legowisk, zlatują, spełzają, zbiegają czy człapią, czy co tam jeszcze, i dalej nie ma nic. Wszystkie zdążają nad Czarne Stawy, nad czarną, zimną wodę. — Znów wyciągnął twarz do okna. — Dalej nie ma już nic.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-27, 14:34   

I kolejny fragment, tym razem dickowskiego (z różnych względów) Nexusa


Biegną.

Ulica i samochody zostają na sto siedemdziesiątym stopniu.

Godzina piętnasta trzydzieści cztery, sekund trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć… Skaning otocznia. „Budowa”. Analiza danych: brak ludzi w strefie kontaktu wzrokowego.

Mówi: „Chodź, IMIĘ, to już niedaleko. Zaraz odpoczniemy”.

Analiza werbalna: „nie-da-leko”.

Analiza behawioru: czujniki odbierają jej nacisk na powierzchnię prawej dłoni. Jaka reakcja?

Analiza wzorca. Brak ustalonych procedur postępowania.

Godzina piętnasta trzydzieści osiem, sekund dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem…

Kiwa głową.

Skaning otoczenia: „Budowa”, na dziewięćdziesiąt siedem procent opuszczona.

Przejście przez przerwę w płocie. Porównanie wzorca: możliwe złamanie prawa. Jaka reakcja? Alarm pomarańczowy, tryb nadzwyczajny, dopuszczone procedury alogiczne.

Biegną dalej.


****

Zjechał na poziom parkingów. Odszukał samochód swój i Icholtza. Wsiadł. Spojrzał na zegarek elektroniczny na desce rozdzielczej, działający nawet bez przekręcenia kluczyków. Piętnasta z minutami, reszta samochodów przeznaczonych do patrolowania ulic – czyli wszystkie – już dawno odjechała w teren. Lód i żar. Czuł się, jakby był na pustyni. Jego ważąca setki funtów głowa opadła na sztywny stelaż kierownicy.

I David Pollack przypomniał sobie swoje sny.

Kroki przez las, bure niebo. Niskie, postrzępione chmury. Wysokie, obwieszone brodą mchów świerki i jodły wyglądają jak czarne, strzępiaste kłęby na tle brzydkiego zmierzchu. Słońca nie widać, idą. Doły są już wykopane. Słyszy słowa (rosyjski? taki akcent słyszał na filmach) – on mówi. Z ciężarówki strażnicy wyciągają następnego mężczyznę i prowadząc pomiędzy sobą, ustawiają nad dołem. Oczy obwiązane podartymi szmatami, zardzewiały drut przecina skórę na nadgarstkach skrzyżowanych na plecach. Obok dołów bieleje wapno.

Mężczyzna stoi, przytrzymywany przez sołdatów. Wylot pistoletu prawie dotyka jego czaszki. A on czuje czarny, naoliwiony ciężar nagana w dłoni. Zapach rozkopanej ziemi. Pada strzał. Krew lepkimi cętkami pryska na twarz.

Odjeżdżają spod wioski. Konie pochrapują niespokojnie, czując ciężki zapach; brzęczą ostrogi. Słychać basowy śmiech, grupa zwalistych mężczyzn wolno mija groblę. Ciężkie rapiery obijają się o uda i końskie boki. Pióra przy kapeluszach targa wzbierający wiatr, niebo jest nisko. Jesień. Chwila bez czasu: w burym świetle trudno oszacować porę dnia. Spocone jasne włosy odgarnia znad czoła (nigdy nie miał takich włosów), śmieje się chrapliwie. Zmęczył się, razem z całym oddziałem. Znów na głowę nakłada ustrojony w pióra pappenheimer, podbity wewnątrz czerwonym suknem. Wjeżdżają na trakt od Lützen (Mein Gott, jak on mógł to wymówić?). Żegna ich wzbijająca się w beznamiętne niebo tłusta smuga dymu, czerń miesza się z krwistą czerwienią walczących z dymem, coraz wyższych płomieni. Zrywa się wiatr, zaczyna kołysać dwoma tuzinami ciał obwieszających solidne konary starego drzewa, stojącego na rozstaju dróg. Nad ranem zaczną się tu zlatywać ptaki. Przyspieszają konie. Podkute kopyto miażdży bark parobka leżącego na trakcie z rozłupaną czaszką i pustymi, zamglonymi oczami.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-29, 09:18   

Okładka do Labiryntów na finiszu, a tymczasem w najnowszej Nowej Fantastyce moje krótkie opowiadanie Dwieście milionów operacji

http://www.fantastyka.pl/index.php?go=op_polskie

o meczu szachowym Garriego Kasparowa z Deep Blue.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-09-30, 09:51   

I fragment Ziemi Obiecanej – takiej własnej fantastycznie podrasowanej wariacji na temat Romea i Julii…?

Góry.

Ale nie: zielone stoki, puchate od soczystej trawy i ziół, białe szczyty na tle lazuru nieba. Nie: słodkie lasy, pełne malin i ptaków, wesoły strumyk błyszczący figlarnie na twardym krzemieniu. Nie.

Góry.

Ponure piargi jak skruszone zęby gigantów, chropawe szczyty, twarde i ostre, skryte wysoko, jeszcze wyżej, pośród śnieżnej zadymki i lodowych igieł. Nagie, martwe zbocza, strome i poszczerbione; czarne granity; usypiska jak rzucone w nieładzie, strzaskane czerepy. Rozpadliny i uskoki, przepaście i wąskie, skryte w cieniu kaniony, stare i bezdenne. Czarne rzeki jadowicie liżące błyszczące kamienie, ciemne strugi omywające szpice załomów. Góry.

Był w nich już cały miesiąc, może nawet dzisiaj przypadała noc pełni. Stracił rachubę czasu, stalowe chmury szczelnym pancerzem przykrywały dzienne i nocne niebo. Zgrabiałymi rękami raz jeszcze ułożył malutki stosik zeschniętego mchu, przykucnięty w jednym z setek skalnych załomów wyciągnął krzesiwo. Powoli nadciągał zmierzch, w nieruchomym powietrzu nie rozchodził się ani jeden dźwięk. Ani wiatru, ani skrzeku ptaka. Nic. Instynktownie oddychał jak najciszej, od ilu już dni? Rozglądnął się po nagich skałach, po czarnych, stromych uskokach. Jak cicho… Stuk krzesiwa odbił się metalicznym echem po okolicy. Uderzył raz, drugi. Jak cicho... Nawet po prawie miesiącu spędzonym wśród tej ciszy nie mógł się przyzwyczaić. To nie była nawet najcichsza cisza „Ziemi obiecanej”, ich landu, okręgu podatkowego u podnóży Horebu. Nie była to cisza letniej nocy, pod rozgwieżdżonym niebem, nocy pośród dojrzałych, ciężkich kłosów pszenicy. Nie była to też cisza zimowego poranka, kiedy wszyscy domownicy jeszcze śpią, a wystygłe polana dawno już nie trzaskają, spalone na miękki, kredowy popiół. Nie była to cisza, którą czuł, budząc się letnią nocą pod jabłoniami na wzgórzu za chatą; nie była to nawet cisza ojcowskiego spojrzenia, którym rodzic żegnał go, gdy wyruszał w drogę. Było ciszej, jeszcze ciszej. Jak można być tak głupim, żeby zostawić wszystko, ojca i matkę, obejście i pole, i wyruszyć w góry w poszukiwaniu... No właśnie – czego?

(…) Wzdrygnął się z zimna. Od dłuższego czasu żuł ten sam kawałek mięsa. Przypomniał sobie, czemu tu się znalazł, i uśmiechnął gorzko. Jeszcze miesiąc temu tak się nie uśmiechał. Dołożył do ognia. Opału z pewnością nie starczy do rana. Było coraz ciemniej.

Przypomniał sobie legendę, opowieść o Ziemi Obiecanej – ale nie o ich ubogim landzie, „Ziemi obiecanej”; nie o twardym sienniku i głodzie po zimie, nie o starych belkach chaty, uszczelnianych gliną, i nie o zimowych wieczorach przy palenisku, przy ojcu czytającym przedziwne historie ze starych, pożółkłych stronic, za które kiedyś można pewnie było kupić całą taką wieś jak ich, a których ojciec za żadną cenę, nie podając wyjaśnień, skąd je ma, nie chciał sprzedać. Nie – legendę o tej prawdziwej Ziemi Obiecanej, tej zza gór, tej, od której ich prowincja wzięła szyderczą nazwę… Krew szybciej zatańczyła w żyłach. Opowieść o ziemi dobrobytu i bogactw, mleka i miodu, ziemi wina i przypraw, śpiewu i szczęścia. Legendę o niegasnących, szczerozłotych zachodach słońca, o wiecznej wiośnie pośród białego deszczu płatków kwitnących jabłoni i wiśni. Legendę o ciepłej dolinie pośród niedostępnych gór, dolinie, do której prowadzi droga usiana kwiatami, wijąca się wzdłuż kryształowego strumyka. Dolinie pełnej najpiękniejszych i najszczęśliwszych stworzeń na ziemi, cudownych i pełnych harmonii, roześmianych i wiecznych. Dolinie zamieszkanej przez aelfy, przepiękne, świetliste Alfy, radosne, choć dostojne, które nie znają śmierci. Nie znają śmierci…
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-04, 09:52   

I fragment Leśnych chłopców, może nieco dłuższy niż wcześniejsze...


Stojąc ciągle obczepiony gałązkami malin, strzelił trzykrotnie, drżącą, spoconą ręką, przeraźliwie wolno, Boże, jak wolno, jakby bił ciężko w kielich dzwonu zapadniętego krucho w zgliszczach kościelnej wieży. Odrzut wstrząsał ręką, raz, dwa (Boże, jak wolno), trzy – i za trzecim razem go trafił.

Chłopak drgnął, przystanął, przestał mocować się z automatem. Popatrzył na niego tym swoim jasnym, jaśniejszym od błękitu nieba przeciekającego przez korony drzew wzrokiem, i bez słowa, bez żadnego dźwięku, padł na kolana. Potem strzelił.

Usłyszał tylko trzask i coś dziko szarpnęło go w piersi. Chrupnął mostek, ogień momentalnie rozlał się po ciele (tylko nogi tak lodowato zimne, matko, czemu tak zimne?!), jęknął, a potem rzygnął kwaśną krwią.

Spróbował się podnieść (a kiedy upadł?), spróbował podeprzeć się ręką, wgniatając ciężkiego visa w ziemię, chciał podnieść głowę, otrzeć śliską krew kapiącą jasnym, lepkim zaciekiem z ust, podnieść tę ciężką, pustą nagle głowę, tę twardą i bezużyteczną puszkę czaszki, ale ziemia tak miękka, tak kusi cichym, martwym szeptem…

(…) Lekko różowiejące, delikatne kwiaty rozłożystych krzewów dzikich róż pachną oszałamiająco, drobne płatki wirują nieśmiało, coraz więcej płatków, jak śnieg, jak ciepłe, miękkie gwiazdki śniegu. Słodki, ciężki zapach ogłusza, osiada na skórze jak pachnący mocnym, młodym winem pocałunek, muska smugą wargi wciąż lepkie od krwi. (Skąd tu tyle kwiatów?).

Masz…

Niebo ucieka, słońca, pnie, kolce przytrzymują materiał spodni, ale leniwie, już leniwie, nie muszą się spieszyć, cienkie, młode czeremchy trzaskają mokro, kiedy upada, i kwiaty, Boże, te kwiaty, jak śnieg, jak iskry, coraz bielsze kwiaty.

No, krok…Ty masz… tylko…

Potknął się, przekoziołkował przez grząski nasyp, miażdżąc drobne łodyżki, zarył w gęstych falach bluszczu płożącego się przy ziemi i zsunął w dół, daleko, prawie na dno stromego jaru.

Ciężko dyszał, przy każdym urywanym oddechu na ustach wykwitał mu różowawy kwiat bańki śliny przemieszanej z krwią, płuca rzęziły, coś w piersi tłukło się nieregularnie i słabo. Spróbował otrzeć wargi, o zęby zazgrzytało zabrudzone żelazo pistoletu, wciąż trzymanego w zaciśniętej kurczowo dłoni. Mógłby się uśmiechnąć, ale nie zrobił tego, bo już nie znał śmiechu, zapomniał, co to śmiech, znał tylko krew na ustach i lód rozlewający się w dół od pasa. Spróbował otworzyć półprzymknięte powieki.

Wokół pachniało oszałamiająco, tak słodko i ciężko, tak mocno i przemożnie.

Otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył niby przez mgłę, to fantastycznie wybujałe, wszechobecne krzewy dzikich róż, płynące miękko tuż przy ziemi, giętko pnące się coraz wyżej, splatające ze sobą, skręcające, tulące ciasno do nielicznych, stojących tu i ówdzie drzew.

Potem zobaczył ją i westchnął cicho, bo nie miał już siły krzyczeć.

Blada, o włosach długich i w swojej czerni aż błyszczących granatowo niczym skrzydła kruka, szła między krzakami róż, w sukni białej jak drobniutkie, delikatne kwiaty wokół.

Podeszła bliżej, przyklęknęła tuż przy jego twarzy, a on bezskutecznie próbował złapać powietrze i nie mógłby tego zrobić, nawet gdyby piersi nie rwał ostry, kłujący ból i płomień.

-Cii… Leż… – Dłonią jak mgła przejechała po jego policzku. – Tak, wiem. Boli… Chcesz, żeby przestało?

Szepcze cicho, nachylając się tuż przy uchu, a on znowu czuje ten żar, podobną falę, którą czuł wtedy, jakby wieki temu, i przypomina sobie dłonie na twarzy i coś jeszcze, to, co mu powiedziała, i coś jeszcze…

- Chcesz?

Przymyka powieki, słońce na chwilę przestaje wirować, tylko ta krwawa plama zostaje przed oczami, purpura i mrok.

Coś mu mówi, żeby tego nie robił, ale wtedy kolejna lepka bańka pęka mu na ustach (a w głowie taka pustka), więc tylko kiwa ciężko, z cichym westchnieniem.

A potem otwiera oczy i zwiesza głowę w bok, i widzi… widzi bezwładne ciało w czarnozielonym mundurze, leżące na połamanym krzaku dzikich róż, więc mruży powieki – i przez mgłę widzi… widzi twarz tamtego. Zachłystuje się krwią, ze świstem wciągając powietrze, unosi dłonie przed oczy. I zaczyna krzyczeć, głośno, dziko, przerażająco, rozpaczliwie.

I ten krzyk jest wszystkim, co pamięta, za każdym razem, kiedy budzi się w ciężkim, dusznym mroku, zaszyty z oddziałem w ostępach leśnej głuszy.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-07, 21:54   

Okładka powinna pojawić się w sieci na dniach, premiera "Labiryntów" zaplanowana na piątek 23 października, a tymczasem - fragment Idąc w cieniu wieży


— To chyba jakiś żart — powiedział błazen do złodzieja, przystając przy wąskim, prawie tak samo długim jak wysokim świetliku w grubym murze wieży. Spoglądał na wyczuwalną pod palcami rysę wydrapaną w kamieniu, widoczną w słabej poświacie nocnego nieba. — To chyba jakiś żart.

Nazwany złodziejem dalej szedł w górę, ciasnymi, spiralnie kręconymi schodami wykutymi w czarnej skale, wijącymi się od wielu godzin coraz wyżej i wyżej, wyżej i wyżej, jeden skręt za drugim, i znowu wyżej. Wieża wprawdzie była ogromna, ale żeby aż tak…?

— Słyszysz, co do ciebie mówię? — Błazen pisnął fałszywie, odkaszlnął, próbując się uspokoić. Złodziej przystanął. — Myśmy już tu byli, na tym piętrze, sam robiłem tę rysę. A przecież to niemożliwe, rozumiesz?! Przecież…

— Uspokój się, błaźnie, uspokój. — Postawny, barczysty mężczyzna w wysokich buciorach, ledwie widoczny w półmroku korytarza, oparł się ciężko o wilgotną ścianę. Odchylona do tyłu głowa uderzyła głucho o kamień. — Daj pomyśleć.

— A nad czym tu myśleć?! Nie ma nas, rozumiesz?! Już po nas. Ile tak idziemy, co?! Pół dnia, matko, nawet więcej. Więcej niż pół dnia, rozumiesz?! Wieża jest wielka, to fakt, ale całe pół dnia po schodach? A co, jeśli… — Błazen odetchnął. Bezwładnie zwiesił głowę na piersi, jego głos brzmiał, jakby dobiegał z głębokiej studni. Złodziej nagle wyprostował się, wyprężył sztywno, ale tego błazen zobaczyć nie mógł. Po chwili kontynuował grobowym głosem. — A co, jeśli nie ma nic innego? Jeśli będziemy tak iść i iść już przez wieczność, złodzieju? O matko, co wtedy…? A jeśli już umarliśmy i zapomnieli o nas wszyscy, nawet Księżna, a my na wieczność zostaliśmy skazani na ten czarny tunel? O Boże, co wtedy?

— Księżna nie zapomina nigdy — szepnął mężczyzna stojący kilka schodków wyżej.

— A jeśli…

Złodziej syknął. Błazen, zdziwiony, podniósł głowę, popatrzył na zastygłego w nienaturalnej pozie, spiętego towarzysza.

— Co…?

— Ciiii!

Błazen głośno przełknął ślinę. Nie spuszczając wzroku z czarnowłosego, wąsatego mężczyzny, wymacał ręką worek podróżny rzucony wcześniej pod ścianę przy świetliku. Głęboko odetchnął.

— Czekaj… czekaj… jeszcze nie… — Złodziej jakby węszył. Zmrużył powieki, wwiercił się wzrokiem w ciemność, w czarny, chropawy kamień zakrętu przed nimi, jakby chciał przeszyć cienie, prześwidrować je na wylot.

— Czekaj…

Błazen odetchnął.

— Już! — ryknął czarnowłosy.

Skoczył jeden stopień, drugi, już dawał susy po dwa, trzy stopnie. Błazen drgnął, aż się zachłysnął, nieprzygotowany, choć przecież cały czas szykował się na tę chwilę. Zaklął cicho, podrywając się do biegu.

— Dawaj, do diabła! Dawaj! Teraz albo nigdy!
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-08, 20:08   

I mirror informacji i tutaj:

Pojawiła się już okładka "Labiryntów":
http://www.powergraph.pl/

Prawdopodobnie jeszcze nie znalazł się autor, który narzekałby publicznie na okładkę do swojej książki, więc raczej nie zabrzmi to wiarygodnie, no ale co zrobić - mi osobiście okładka podoba się bardzo. Świetny klimat. Autorem jest oczywiście Rafał Kosik. Z moje strony - najszczerszy szacuneczek i dzięki.


A w ramach P.S.-u (tutaj, ponieważ Maciej Parowski nie ma swojego wątku autorskiego): jutro o godz. 19, w ramach festiwalu Pora Prozy, w czytelni miejskiej Biblioteki Publicznej w Brzegu, Maciek będzie miał spotkanie autorskie, na którym będzie mówił m.in. o swojej "Burzy". Serdecznie zapraszam, jeśli ktoś będzie w tym czasie w okolicy!
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-11, 19:03   

Do premiery Labiryntów dwa tygodnie (23 X), do zaprezentowania zostały fragmenty trzech opowiadań. Pierwszy z nich, z Pieśni z doliny, dzisiaj, kolejne w przyszłym tygodniu, najpewniej znów w niedzielę i w środę, żeby ładnie zgrać się ze zbiorem w księgarniach.


Mijały tygodnie, miesiące. Lekarz nie dawał nam nadziei (zresztą sami nie odważyliśmy się jej mieć), a dziecku – więcej niż parę dni. Ale co było robić? Po odpowiednich instrukcjach i przeszkoleniu zabraliśmy Julię do domu.

Było ciężko, naprawdę ciężko. Początkowo tylko leżała, każde, najlżejsze dotknięcie mogło ją złamać jak suchy patyk. Najgorsze było karmienie i mycie. Najgorsze były noce. Długie, czarne noce, kiedy nasłuchiwaliśmy z Marzeną cichutkiego szeptu oddechu... Sam nie wiem, czy leżałem w oczekiwaniu tego dźwięku ze strachem, czy z nadzieją. Teraz nie chcę tego wiedzieć.

Marzena już nie płakała. To twarda dziewczyna i jak mogła, tak sobie radziła z naszą córeczką. Pomagali nam wszyscy, ale to i tak były ciężkie dni.

Ja jeszcze nie wypłakałem swoich łez.

****

(…) Dużo myślałem o tej nocy i tym śnie, czas powoli płynął, przy akompaniamencie radosnego śmiechu małego dziecka i pojękiwań bólu przy następnych złamaniach. Długo o tym myślałem i nie mogłem wytrzymać. Może Julia ma przed sobą tylko parę dni, ale to nie będzie koniec. Każdy kiedyś musi umrzeć. Ja także.

****

Wiem, jak to będzie wyglądać:

Kiedy już stanę przed Najwyższym, zacisnę kurczowo pięści (a białe kostki będą wyglądały pod napiętą skórą jak grudy lodu), rozewrę wściekle szczęki. I syknę. Czemu? Czemu ja?! Czemu Marzena?! Czemu my?!

I czemu, Boże najwyższy, jedyny, wszechwiedzący i wszechwładny w końcu Boże, wszechwładny na wszystkich krańcach ziemi, czemu, o Boże, czemu Julia?!!!

Będę wył i wrzeszczał, płakał i szlochał jak potępiony, będę rwał włosy z głowy. Padnę na kolana, zwalony z nóg ciężarem mojego życia, i będę płakał, tak głośno i czysto, aż po twarzy samego Boga spłyną dwie ogromne, kryształowe łzy.

Czemu ja, Ojcze? Czemu Julia?

****

Zacząłem się przygotowywać. Pismo Święte, Talmud, Koran, Klemens z Aleksandrii, Orygenes, Dionizy Wielki, Grzegorz Cudotwórca, Pamfiliusz z Cezarei, Euzebiusz, też stamtąd, Hilary biskup Poitiers, Atanazy, Bazyli Wielki, Grzegorz z Nazjanzu, jego imiennik z Nyssy, Cyryl Jerozolimski, Ambroży biskup Mediolanu, fragmenty z Epifaniusza, Jan Chryzostom, Hieronim, Teodor, Augustyn, Cyryl z Aleksandrii, Teodoret, który uzupełnił Historię Kościoła Euzebiusza, Dionizy Pseudo-Aeropagita, Beocjusz, Kasjodor, Grzegorz z Tours, Izydor z Sewilli czy Tomasz z Akwinu – czytałem wszystko, co tylko mogłem zdobyć. Badałem pisma gnostyków i innych heretyków, od odstępstw z pierwszych wieków po Chrystusie, po herezje średniowieczne, zarówno Wschodu jak i Zachodu, od prac z czasów reformacji i odrodzenia, po idee filozofów oświeceniowych. Śledziłem poglądy myślicieli armeńskich, z Masropem Masztoncem i Dawidem Anachtem na czele, studiowałem filozofów żydowskich, średniowiecznych scholastyków, gnostyków ismaelickich i gruzińskich filozofów z kręgu Arsena z Ikalto. Wszystko. Próbowałem przeglądnąć, co tylko mogłem dostać w swoje ręce, w najgorszym razie (niestety nazbyt często) dotrzeć choćby do opracowań. Od świętego Jana od Krzyża po libretta oper Wagnera, od świętej Teresy z Avili, po siostrę Faustynę Kowalską. Czas płynął, płynęły dni, było ciężko. Ale nie wypłakałem jeszcze swoich łez. Chciałem być przygotowany.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-18, 11:50   

Do piątkowej premiery „Labiryntów” niecały tydzień; poniżej fragment jednego z dwóch ostatnich tekstów w zbiorze, tytułowego.



Labirynty


A mówiła mu, żeby nie wyjeżdżał z domu.

Słońce właśnie wstawało, przeświecając przez szczyty, długie, chłodne cienie drzew wyglądały pięknie pod błękitnym niebem. A ona stała, kiedy podwiązywał na końskim grzbiecie tłumok z kocem, i uśmiechając się przepraszająco, głaskała go po policzku. Tak, to tylko parę dni, a bez nowych narzędzi nie przygotujemy łóżeczka, może nawet uda się wystrugać lalkę z pachnącego lasem pieńka na opał. Ale… Nie jedź. Tak, wiadomo, choć wszystko dopiero w planach, to przecież lepiej być przygotowanym… Ale – nie jedź.

Lecz słońce świeciło tak pięknie (tak może świecić tylko wczesną jesienią), ciemna zieleń ciągle soczystych traw, rozlanych plamą łąki na skalistych stokach, przyzywała jak chłód stawu po dniu pełnym pracy. To tylko kilka dni, uspokajał, zaraz wrócę, mówił. I oczywiście pojechał.

Kiedy już wracał, z siodłem ciężkim od nowych hebli i siekier, z grzechoczącym workiem gwoździ przed sobą, z krótkim piórem piły drgającym sztywno przy każdym końskim kroku, myślał jeszcze o pijanej wiedźmie w starych łachmanach, krążącej przy ognisku. Nigdy nie prosił podobnych kobiet o wróżbę, zawsze odmawiał, kiedy brały jego rękę w swoją brudną dłoń i zaczynały szukać linii losu i bogactw. Także i tym razem odmówił.

Jednak głowa ciążyła już tak bardzo, a bliski ogień był tak ciepły i huczał. Kiedy więc siadła przy grupce smolarzy, razem z nim wieczerzających przy ogniu, nie odwrócił wzroku. Duże karty migały hipnotycznie, tłuste powierzchnie przewijały się wolno, kiedy wiedźma przekładała talię uszponioną dłonią, raz za razem, wolno, nie spuszczając wzroku z brodatego, siedzącego obok smolarza. A potem zaczęła wykładać karty na ziemię i w czerwonym blasku tańczącego ognia pojawiły się wróżki i nimfy, roje spadających gwiazd, smok o obciętym łbie, rycerz na koniu chudym jak śmierć, wściekły pies, drzewo wisielców, głupiec, boleść – i diabeł. Z każdą kartą twarz smolarza bladła coraz bardziej, kpiący uśmieszek na ustach znikł już dawno. Tylko ogień jakby strzelał coraz wyżej, znaczył pobrużdżone rysy gęstą plamą cienia. Zbladła nawet wiedźma, jednym ruchem zgarniająca rozstawione karty i z roztargnieniem chowająca kilka miedzianych monet. Odeszła, jednak swobodny nastrój już nie wrócił tej nocy. Wpatrzeni w ogień siedzieli tylko, on i smolarz, nie słysząc, z czego śmieje się reszta przy ognisku, w czerwonym płomieniu widząc przewijające się kształty smoka, końskie łby, wyszczerzone paszcze, głupca – i diabła.

I diabła.

A kiedy przejechał już ostatnią przełęcz, kiedy pokonał pełną skalnych odłamków ścieżkę biegnącą niebezpiecznie w podcieniu strzelistej grani, za którą droga zakręca i wije się wśród głazów prawie pod nogi chatki, już wiedział, przypomniał sobie twarz wiedźmy o pijanym spojrzeniu i już wiedział.

Mówiła mu, żeby nie wyjeżdżał z domu.

****

Koń strzygł uszami. Nad nim srebrzyło się niebo, czarna chusta przykrywająca świat, tysiąc gwiazd jak malutkie dziurki wygryzione przez mole. Pustynia wokół była ogromna.

Malutkie ognisko rozpalone w zagłębieniu wykopanym w piasku dawało niewiele światła i jeszcze mniej ciepła. Siedział opatulony starym kocem, tylko na twarzy tańczył czasem rudy poblask ognia, język cienia lizał podbródek, żeby zaraz skryć się w oczodole. Widoczny w słabym kręgu światła koń stał sztywno, czasem tylko wstrząsany dreszczem, nawet mimo narzuconej kapoty. Zwierzę było spokojne, nigdzie nie było żywej duszy; już dawno nie widzieli padlinożerców bądź innych dzieci pustynnego zmierzchu. Jedynie chłód przychodził do nich obu co noc. Wspomnienia były tylko jego.

Znów nie mógł zasnąć. Co chwilę szczelniej naciągał derkę, jakby w ten sposób mógł się odgrodzić od przeszłości i ostrych igieł mrozu. Jednak chłód i tak znajdował do niego drogę, jak co noc kłuł setką igieł osłonięte od ognia plecy, mroził stopy, wciskał się pod kołnierz, nieodmiennie znajdował drogę do serca. Biała para oddechu unosiła się wokół głowy.

Jednak dziś nie mógł zasnąć nie z powodu zimna. Nawet nie z powodu pustyni, wielkiej, o piasku grubym jak ziarna soli, pofalowanej nieruchomym sztormem wydm, nieskończonej, o niebie białym od słońca w dzień i srebrnym od mrozu w nocy. Tylko skały przypominały mu o domu, choć i te były inne, bure, potrzaskane, chropawe, jak chore kości wielkich zwierząt przysypanych przed wiekami przez piasek. Jednak dziś nie mógł zasnąć z innego powodu. Tak jak wtedy, jak tamtego dnia, czuł coraz wyraźniej. Zbliżał się do celu. Labirynty, stare korytarze, o których tyle słyszał i śnił, nocą przed tymi nielicznymi porankami, kiedy nie budził się z ulgą, zlany zimnym potem – tylko po to zresztą, żeby na jawie śnić nawiedzający go nocą sen.

Labirynty…

Koń strzygł uszami, na pustych wydmach nie zawodził nawet wiatr.

Tak, kres podróży był coraz bliżej.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-21, 11:17   

I Rybak, perła i diabeł-krab.

Tej nocy znów miały spadać gwiazdy.

Przez ostatnie dni chodził coraz bardziej podekscytowany. Sieci schły, rozwieszone na białych od słońca palikach, powiewały plątane słonym wiatrem. A on tylko kręcił się gorączkowo wokół chaty, przez chwilę uszczelniał łódź, układał w roztargnieniu szczapy drewna w niewielkiej wędzarni, żeby zaraz porzucić to wszystko i przez wiele uderzeń serca stać pod jeszcze nie ściemniałą od szkwału ścianą nowego domu, spod zmrużonych powiek próbując przypatrzeć się słońcu. Wchodził wtedy szybko do budynku, chwilę mrugał, nagle ze słonecznej kąpieli zanurzony w chłodnym mroku.

A kiedy pod powiekami przestawały pulsować purpurowe widma, z namaszczeniem wdrapywał się na poddasze, podchodził do rozpadającego się prawie kufra, szybko przekręcał kluczyk w świeżo naoliwionej i zupełnie nieprzydatnej na starym okuciu kłódce. A potem, wolno, z suchej skrytki wyciągał po kolei trzy owinięte starannie w miękkie szmatki, ciężkie kształty. Przez moment rozkoszował się tą chwilą bezruchu, z drobinami kurzu zwieszonymi na pajęczynie wpadającego przez szpary światła, kiedy ciszę przerywał tylko stłumiony chrobot drewnianej łyżki z izby kuchennej, gdzie Abigail wygotowywała barwione płótno. A potem, świadomie powstrzymując zniecierpliwienie, odwijał jeden pakunek, jedną z ksiąg.

Kiedy wybór padł na Merkuriusza Sztaudyngera, przez długie chwile podziwiał misterne, malutkie rysunki, splątane geometrycznie, przedstawiające równy ruch gwiazd na niebie, wolno wodził palcami po pięknym, drobnym piśmie. Wyciągał wtedy gruby notes, dla zdobycia którego przez osiem miesięcznych cykli wypływał bez wytchnienia na wzburzone morze, nawet zimą. A potem drobił coś, mikroskopijnym maczkiem, linijka pod linijką, żeby wykorzystać jak najwięcej miejsca. Przez chwilę, krótkie ukłucie serca, zazdrościł wtedy tym wszystkim, którzy mogli sobie pozwolić na luksus bazgrania po marginesach księgi. Choć czasem zdarzało się tak i jemu.

Innym razem odwijał Piękno natury Adama z Bremenn, najgrubszy z woluminów, oczywiście nie oryginał, ledwie skrótowy odpis największego dzieła wielkiego mistrza, dwunasty tom O gwiazdach. Jednak w te dni najczęściej sięgał po Płomienne nieba Staudingeriusa, pełne smukłych tabel i precyzyjnych wskazówek, jak obserwować nieboskłon i obserwując gwiazdy, liczyć czas. Jednak mimo ścisłego stosowania się do porad mistrza Sztaudyngera coś mu ciągle nie wychodziło w obliczeniach, wciąż nie mógł ustalić, kiedy wreszcie rozpocznie się nocny spektakl.

- Shura…! Shura…! Przyniosłeś już to drewno?

Przez cały czas starał się dokładnie wypełniać wszystkie obowiązki, zwłaszcza teraz, kiedy w jego rodzinnym domostwie nikt już nie mieszkał i Abigail nie mogła pójść odwiedzić teściów, a do wszystkich innych sąsiadów było za daleko, stąd, z tej ich małej chatynki, wybudowanej przy morskim brzegu, gdzie nocą żadne obce światło nie rozprasza nikłej poświaty gwiazd. Starannie wiązał poszarpane sieci, uszczelniał łódź, wypływał przed świtem i starał się wcześnie kłaść spać, prawie nie patrząc w niebo, i prawie się wysypiał. Doglądał uważnie łowisk, sumiennie taszczył kosze jeżowców na odbywający się co osiem dni targ w Łopianach, sam ostrzył noże i późnym popołudniem zatrzymywał się na chwilę odpoczynku przed domem, odciągając od ogródka niby opierającą się Abigail. Siadała mu wtedy na kolanach, z rękami czarnymi od ziemi, a on popijał chłodną wodę, zamykał oczy, czując za plecami ciepło nagrzewanej przez cały dzień ściany, i wdychał zapach spulchnionych grządek i gładkiej skóry. I może tylko wtedy, na chwilę, na krótką chwilę zapominał o księgach równo poukładanych w skrzyni, początkowo jednej, przez długi czas, potem drugiej i trzeciej. Przez chwilę nie myślał o słowach Staudingeriusa, prześlizgującego się lekko między jedną hipotezą a drugą, odganiał od siebie obraz gwiezdnej głębi, kreślony ręką mistrza z Bremenn. Zapominał nawet – nie do uwierzenia – o planach nabycia kolejnego ze skarbów, jeszcze kosztowniejszego niż księgi, w związku z którym już teraz myślał o przebudowie poddasza.

Jednak przez ostatnie dni ręce drżały mu coraz wyraźniej, rozbiegany wzrok co chwila uciekał w niebo.

Wreszcie się doczekał. Oczywiście nie mogło być inaczej i wiedział o tym, doskonale wiedział, jednak strach, irracjonalny lęk, jak to lęk – kazał mu gorączkowo powtarzać obliczenia w żółtym świetle świecy, kolejnej świecy, nietaniej przecież, kazał mu wysiadywać na poddaszu coraz dłużej w noc, choć pozorny bezruch nieba mógłby konkurować z niezmienną stałością morskich latarni.

Kiedy wreszcie pierwsza z gwiazd mignęła zimnym ogniem na niebie, prawie siłą oderwał się od poszerzanego świetlika, patrząc w niebo, krzyknął do Abigail – i już go nie było.

Kiedy kobieta weszła, niby niechętnie i obojętnie, ale przecież i po jej ciele ciepło rozlało się oszałamiającą falą, pulsując gorąco w rytm uderzeń coraz szybszego tętna, stał przy świetliku. Pochylony, z wyplecionym z szorstkiej trawy fotelem odsuniętym w bezładzie do tyłu, sztywny jak biały od morskiej soli rzemień, z drżącą ręką zawieszoną nad kartami bezwiednie przekrzywionego notesu. Podeszła, przez chwilę patrzyła w niebo, zimne, granatowe, czarne, piękne, na którym coraz częściej i coraz liczniej zaczynały płonąć gwiazdy. Chciała coś powiedzieć, na bezdechu oderwała wzrok od świetlika w dachu. Instynktownie spróbowała odnaleźć jego rękę, błądząc przez chwilę dłonią w pustce. I nagle, z dziwnym ukłuciem chłodu, ostrym jak cieniutkie linie pojawiające się wysoko nad głową – zdała sobie sprawę. Tu, w tej chwili, stojąc na poddaszu w chatce rybaka pomiędzy wydmami – była sama.

A on stał, wstrzymywany oddech prawie rozsadzał mu płuca, ale nawet tego nie czuł, nie myślał o niczym, wpatrując się ze ściśniętym gardłem w aksamit nieba, z roziskrzonymi oczami, w których co chwilę odbijały się smugi rozpalonych świateł. Gdy wreszcie złapał powietrze, jak gdyby tylko na moment wynurzył się z morskiej fali, wydało mu się, jakby perła na sercu rytmicznie zadrgała, szarpnęła się lekko, naelektryzowana, coraz bardziej wibrując – i prawie niewyczuwalnie, równomiernie zaczęła pulsować.

A kiedy, już po wszystkim, wyszedł na plażę, chcąc morską wodą ochłodzić rozpalone ciało, już mogąc oddychać, z głową jak gdyby był pijany, gdy już podnosił się z klęczek z mokrymi włosami – po raz pierwszy na piasku stał krab.
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-23, 08:19   

No to poszło - Labirynty od dziś w księgarniach...

A w linku pierwsza recenzja
http://katedra.nast.pl/art.php5?id=4452
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-10-24, 18:15   

I kolejne recenzje.

http://valkiria.net/index...ticles&id=15295
http://ksiazki.polter.pl/...narowski-c20629
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-11-03, 14:20   

O literaturze przy kawie:

http://carpenoctem.pl/wor...styczne-piekno/
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-11-05, 10:38   

Jako ciekawostka:

http://www.radiokrakow.pl...e_tamizpowrotem
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-11-16, 12:40   

I opinia bardziej krytyczna:

http://www.bestiariusz.pl/literatura/ksiazki/2755
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-11-28, 08:36   

Recenzja z "Labiryntów" w grudniowej NF, a komu z "Labiryntami" nie po drodze (albo wręcz przeciwnie, pobłądził w nich już trochę z satysfakcją), zapraszam do grudniowego SFFH - w numerze do poczytania opowiadanie "Liber Horrorum", rozgrywające się (m.in. :]) na różnych płaszczyznach czasowych (XVII- i XXI-wiecznej) Lublina.
 
 
MadMill 
Bucek


Posty: 5380
Skąd: hcubyw ikleiw
Wysłany: 2009-12-06, 17:56   

Ja tak w kwestii składu - czy tam tego kto rozkłada tekst na stronach - bo niektóre mają inną tzn interlinię. Czy to naciąganie kawałków w opowiadaniu aby wszystko się ładnie składało (19 strona zbiorku na przykład) czy jakiś inszy chochlik?

Co do samego zbioru to na razie po pierwszym opku jestem i pierwszy plus za samo pióro, bo czyta się o dobrze, nie zgrzyta się zębami podczas lektury. Pomysł jak to pomysł, podobne już widywałem, ale na razie na plusik, a z kolejnymi opowiadaniami wyrobię sobie dosadniejszą opinię.
_________________

"Życie... nienawidź je lub ignoruj, polubić się go nie da."
Marvin
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-12-06, 18:13   

Hm, co do interlinii, to osobiście różnic nie dostrzegam, więc ciężko mi coś powiedzieć. (Składał Rafał; co jak co, ale do pierwszoroczniaków pod tym względem raczej trudno go zaliczać :])

Satysfakcjonującej lektury!
 
 
mc 

Posty: 124
Skąd: Brzeg
Wysłany: 2009-12-07, 13:46   

Recenzja Labiryntów z Wirtualnej Polski:
http://ksiazki.wp.pl/kata...2,recenzja.html
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Nasze bannery

Współpracujemy:
[ Wydawnictwo MAG | Wydawnictwo Solaris | Katedra | Geniusze fantastyki | Nagroda im. Żuławskiego ]

Zaprzyjaźnione strony:
[ Fahrenheit451 | FantastaPL | Neil Gaiman blog | Ogień i Lód | Qfant | Craiis ]

Strona wygenerowana w 0,33 sekundy. Zapytań do SQL: 14